— O! Wiedziałem, że naczynie było stłuczone i o tym to, zdaje się, myślałem... i ono było stłuczone.
— Hm! Czy przedtem pokazywał ci ktoś taką samą sztuczkę?
— Gdyby tak było — rzekł Kim — czy myślisz, że pozwoliłbym znów na to? Zrobiłbym fugas chrustas113!
— A teraz się nie boisz, hę?
— Nie!
Sahib Lurgan przyjrzał mu się jeszcze uważniej.
— Zapytam Mahbuba Alego... nie teraz, ale nieco później — zamruczał. — Jestem z ciebie zadowolony... tak!... i nie!... Jesteś pierwszy, któremu udało się wyjść cało. Chciałbym wiedzieć, czemu to przypisać... Ale masz rację. Nie powinieneś o tym wspominać... nawet mnie...
Zawrócił w szary półmrok sklepu i usiadł za stołem, z lekka zacierając ręce. Spoza zwału dywanów wydobyło się ciche, ochrypłe szlochanie. Był to mały Hindus, posłusznie stojący twarzą ku ścianie; chude jego ramiona drgały gniewem.
— Oho! To ci złośnik, jeszcze jaki złośnik! Ciekawym, czy jeszcze kiedy spróbuje mnie otruć śniadaniem i zmusi mnie do tego, bym je gotował powtórnie?
— Kubbee... u kubbee nahin! — zabrzmiała odpowiedź przerywana łkaniem.