— I czy zechce zabić tego drugiego chłopca?
— Kubbee... kubbee nahin (Nigdy... nigdy. Nie!)
— Cóż tobie się zdaje, że on zrobi? — zwrócił się nagle Lurgan do Kima.
— Ech! Nie wiem. Może dajmy mu spokój. A czemuż on chciał cię otruć?
— Ponieważ tak mnie kocha. Gdybyś ty, na ten przykład, kochał jaką osobę i zobaczyłbyś, że przyszedł ktoś obcy, a osoba, którą kochasz, woli jego niż ciebie... cóż byś wtedy uczynił?
Kim zamyślił się. Lurgan z wolna powtórzył to zdanie w języku krajowym.
— Nie otrułbym tej osoby — ozwał się Kim z namysłem — ale obiłbym owego chłopca... gdyby ów chłopiec kochał mojego człowieka. Wpierw jednak zapytałbym owego chłopca, czy to prawda.
— Ach! Jemu się wydaje, że mnie każdy musi kochać.
— Wobec tego mnie się wydaje, że on jest głupi.
— Słyszysz? — ozwał się sahib Lurgan w stronę trzęsących się ramion. — Syn sahiba myśli, że jesteś głuptaskiem. Wyjdź no z kąta, a na przyszły raz, gdy cię serce zaboli, nie próbuj białego arszeniku w sposób tak widoczny. Zapewne bies Dasim był wówczas panem naszej biesiady! Mogło mnie to wpędzić w chorobę, moje dziecko, a wtedy obcy człowiek pilnowałby klejnotów. Chodź no.