Berbeć, z oczami obrzękłymi od płaczu, wygramolił się spoza zwoju kobierca i rzucił się w uniesieniu do stóp sahiba Lurgana, okazując tak niepomierną skruchę, że aż to uderzyło Kima.

— Będę się wpatrywał w plamy atramentowe... będę wiernie pilnował klejnotów! O, mój ojcze i moja matko, odpraw jego stąd precz!

Tu, wierzgnąwszy w tył bosą nogą, wskazał na Kima.

— Jeszcze nie... jeszcze nie zaraz... Niezadługo on sobie odejdzie. Lecz teraz jest on w szkole, w nowej madrissah, a ty masz być jego nauczycielem. Zagraj z nim w grę klejnotów. Ja będę liczył.

Dzieciak zaraz obtarł łzy i smyrgnął w głąb sklepu, skąd powrócił z miedzianą tacą.

— Nałóż mi! — ozwał się do sahiba Lurgana. — Niech wyjdą z twej ręki, bo on mógłby powiedzieć, że ja już przedtem je widziałem.

— Spokojnie... spokojnie... — odparł gospodarz i z szuflady pod stołem wysypał na tacę garść brzęczących drobiazgów.

— A teraz — mówił dzieciak wymachując starą gazetą — przypatruj im się, przybłędo, dopokąd ci się podoba. Przelicz je, a jeżeli potrzeba, to i przewracaj ręką. Mnie dość jednego spojrzenia! — i odwrócił się dumnie plecami.

— Ale na czymże polega gra?

— Skoro policzysz, poobracasz rękoma i będziesz pewny, żeś już wszystko zapamiętał, nakryję te cacka papierem, a ty musisz wyliczyć je wobec sahiba Lurgana. Ja zapiszę swoje.