— Zrozumiesz później wiele rzeczy. Pisze on raporty pewnemu pułkownikowi. Ma wielkie poważanie tylko w Simli, a rzecz szczególna, że nie posiada nazwiska, tylko liczbę i literę... taki to u nas zwyczaj.
— A czy też nałożono cenę na jego głowę... jak na Mah... na wszystkich innych?
— Jeszcze nie; lecz gdyby pewien chłopiec, który teraz tu siedzi, powstał i poszedł (patrz, drzwi są otwarte!) do pewnego domu z czerwono malowaną werandą, za dawnym teatrem na Dolnym Bazarze, i szepnął tam przez okiennice: „Hurree Chunder Mookerjee przyniósł złe nowiny z zeszłego miesiąca”, to taki chłopiec otrzymałby zapewne kaletę pełną rupii.
— Ile? — nie omieszkał zapytać Kim.
— Pięćset... tysiąc... ile by zażądał.
— Dobrze. A jak długo żyłby taki chłopiec po wyjawieniu tej nowiny? — i roześmiał się wesoło w samą brodę sahibowi Lurganowi.
— No-o! Dobrze, że ci to przyszło na myśl. Gdyby był bardzo przebiegły, przeżyłby może dzień... ale nie przeżyłby nocy... Żadną miarą.
— Jakąż więc płacę pobiera babu, jeżeli na tyle ceni się jego głowę?
— Osiemdziesiąt... może sto... może sto pięćdziesiąt rupii; lecz płaca jest rzeczą najmniejszą w tym zawodzie. Co pewien czas Bóg zsyła na świat ludzi... i ty jesteś jednym z nich... którzy mają ochotę wyprawiać się z narażeniem życia hen w świat i zasięgać wieści... dziś, dajmy na to, o sprawach dalekich, jutro o jakiejś ukrytej górze, a dnia następnego o jakichś ludziach z sąsiedztwa, którzy zbroili coś niemądrego przeciwko państwu. Takich niespokojnych duchów jest bardzo mało, a jeszcze z tych niewielu, zaledwie dziesięciu się może na coś przydać. Do tych dziesięciu zaliczam, rzecz szczególna, tego babu... Jakże więc wielkie i upragnione musi być zajęcie, które bezczelnością napawa serce Bengalczyka!
— A ino122. Ale mnie jeszcze długo na to czekać. Jestem jeszcze chłopcem i dopiero przez dwa miesiące uczyłem się pisać Angrezi (po angielsku). Nawet dotychczas czytać nie umiem porządnie w tym języku. Jeszcze przejdą lata, lata, długie lata, zanim stanę się choćby tym „omentrą”.