— Bądź cierpliwy, Przyjacielu całego świata! — (Kim aż się wzdrygnął na to nazwanie.) — Chciałbym ci ja mieć te lata, na które tak się dąsasz. Wypróbowałem cię w kilku drobnych okolicznościach. Nie będzie ci to zapomniane, gdy będę zdawał raport sahibowi pułkownikowi.

Naraz jął mówić po angielsku, śmiejąc się do głębi duszy:

— Na Jowisza! O’Haro, zdaje mi się, że z ciebie będą ludzie; ale nie powinieneś zhardzieć ani też gadać za wiele. Masz wrócić do Lucknow, być grzecznym chłopakiem i myśleć tylko o książce, jak mawiają Anglicy, a na przyszłe wakacje, jeżeli będziesz miał ochotę, może jeszcze zawitasz do mnie.

Kim opuścił głowę.

— No, to znaczy, jeżeli będziesz miał ochotę. Wiem, gdzie chciałbyś się udać.

W cztery dni później dla Kima i dla jego walizeczki urządzono siedzenie na tyłach tongi (dwukołowej bryczki) kalkańskiej. Jego towarzyszem był znany już, wielorybiej tuszy babu, który owinąwszy sobie łepetę frędzlistym szalem i podwinąwszy pod siebie mięsistą lewą nogę, odzianą w kraciastą pończochę, trząsł się i odchrząkiwał pod wpływem porannego przymrozku.

„Jak to wytłumaczyć, że ten człowiek jest jednym z naszych?” — rozmyślał Kim, przyglądając się jego plecom, które trzęsły się jak galareta, gdy wóz podskakiwał na wybojach drogi; to rozważanie pobudziło go do wielce uciesznych rojeń. Sahib Lurgan dał mu pięć rupii (wspaniała suma!) oraz zapewnienie swego poparcia, jeżeli będzie pracował. Sahib Lurgan, zgoła inaczej niż Mahbub, mówił całkiem wyraźnie o nagrodzie za posłuszeństwo — więc Kim był zadowolony. Gdyby tylko mógł, jak babu, dostąpić tego zaszczytu, by mieć swą liczbę i literę... i cenę nałożoną na swą głowę! Kiedyś będzie on tym wszystkim albo nawet czymś więcej. Kiedyś będzie prawie tak wielki, jak sam Mahbub Ali! Myszkować będzie już nie na dachach domów, ale na połowie obszaru Indii; będzie śledził królów i ministrów, jak niegdyś śledził vakilów123 lub dependentów adwokackich w Lahorze na rzecz Mahbuba Alego. Na razie miał przed sobą fakt bliższy, a niepozbawiony uroku, mianowicie, że niebawem znajdzie się znów w konwikcie św. Ksawerego. Tam będzie można okazać swą wyższość wobec nowych uczniów i posłuchać opowiadań o przygodach wakacyjnych. Marcinek, syn plantatora herbaty w Manipur, przechwalał się wprzódy, że pójdzie ze strzelbą na wojnę przeciwko opryszkom. Niech mu ta będzie! Ale to rzecz pewna, że Marcinek nie był rzucony wybuchem fajerwerków przez pół dziedzińca pałacu patialskiego, ani też nie...

I Kim zaczął sobie opowiadać własne przygody z trzech miesięcy ostatnich. Gdyby mu wolno było, opowieścią swą wprawiłby w osłupienie cały zakład św. Ksawerego — nawet najstarszych chłopców, co już się golili. Ale opowiadać mu nie wolno! Trzeba trzymać język za zębami! Gdy przyjdzie czas po temu, wówczas, jak zapewniał go sahib Lurgan, nałożą cenę na jego głowę; więc gdyby teraz wygadał się po głupiemu, nie tylko nigdy nie nałożono by tej ceny, ale co gorsza, pułkownik Creighton puściłby go w trąbę... i Kim stałby się pastwą gniewu sahiba Lurgana i Mahbuba Alego — na niedługie dni życia, jakie by mu jeszcze pozostały.

„W ten sposób dla jednej ryby utraciłbym Delhi!” — streścił swe poglądy przysłowiem. Wypadało mu teraz zapomnieć o wakacjach (w każdym razie pozostało mu jeszcze tyle dowcipu, by zmyślać niebywałe przygody) i, jak się wyraził sahib Lurgan, trzeba się było wziąć do pracy.

Ze wszystkich chłopców śpieszących z powrotem do zakładu św. Ksawerego, od piaszczystych okolic Sukkur aż po palmowe gaje Galie, żaden nie czuł takiego upojenia i fantazji jak Kimball O’Hara, mknący do Umballi w podrygującej kałamaszce za plecami imć Hurree Chundera Mookerjee, którego nazwisko w księgach jednego z oddziałów Instytutu Badań Etnologicznych zapisane było jako R-17.