A jeżeli było ponadto potrzeba jakiej podniety, to starczył za nią sam babu. Po sutym posiłku w Kalce rozgadał się tak, że mu się gęba nie zamykała. Pytał Kima: czy jedzie do szkoły? Tak? Wobec tego on, jako magister artium uniwersytetu w Kalkucie, wytłumaczy mu, jakie są korzyści nauki. Można zdobyć odznaczenie przez pilne wykuwanie łaciny i Wycieczki Wordswortha124 (wszystko to było dla Kima tureckim kazaniem). Język francuski był też ważnym przedmiotem, a najlepiej można się było w nim wprawić w Chandernagore, o kilka mil od Kalkuty. Również daleko można było zajść (jak tego sam na sobie doświadczył) przez dokładne zgłębianie dramatów zatytułowanych Lear i Juliusz Cezar, których znajomości bardzo wymagali egzaminatorzy. Lear nie był tak przepełniony odnośnikami historycznymi jak Juliusz Cezar; książka ta kosztuje cztery anny, ale na Krzywym Bazarze można ją nabyć za dwie. Jeszcze ważniejszą od Wordswortha lub wybitnych autorów, jak Burke i Hare, była sztuka i umiejętność miernictwa. Chłopiec, który zdał egzamin w tej dziedzinie (do której, mówiąc nawiasem, nie było kluczów i streszczeń podręcznych), potrafi, idąc sobie — ot tak po prostu — uzbrojony jedynie w kompas, śródwagę i bystre oko, zdjąć obraz danej okolicy ...a za ten obraz można dostać niemałą sumę w brzęczącej monecie srebrem, Ale ponieważ noszenie z sobą łańcuchów mierniczych bywa niekiedy rzeczą niedogodną, przeto chłopiec powinien znać dokładnie długość własnego kroku, tak iż nawet wtedy, gdy będzie pozbawiony (jak się wyrażał Hurree Chunder) „przygodnych środków pomocniczych”, może odmierzyć własnymi nogami potrzebną mu odległość. Ażeby nie zatracić rachunku, gdy szło o tysiące kroków, doświadczenie Hurree Chundera pouczyło go, iż nie ma nic przydatniejszego jak różaniec z osiemdziesięciu jeden albo stu ośmiu paciorków, albowiem „te liczby są podzielne i podpodzielne przez wiele mnożników i podmnożników”. Wśród hucznych, rwących potoków angielszczyzny Kim chwytał główne wytyczne tej gawędy — i bardzo go to zaciekawiało. Oto jawił mu się nowy kunszt, zdolny pomieścić się w ludzkiej głowie: zaś na widok wielkiego, rozległego świata, odsłaniającego się jego oczom, przychodzi mu na myśl, że im więcej ktoś umie, tym lepiej dla niego.
Po półtoragodzinnym mówieniu babu nadmienił:
— Spodziewam się, że kiedyś będę miał przyjemność znać się z tobą oficja-alnie. Ad interim125 (niechże mi będzie darowane to wyrażenie) ofiaruję ci to pudełko z betelem, które jest przedmio-otem bardzo cennym i cztery lata temu kosztowało mnie dwie rupie.
Było to tanie pudełko mosiężne w kształcie serca, z trzema przegrodami na wieczny orzech betelowy126, cytrynki i liście pan; znajdowały się w nim jednak małe słoiczki z pigułkami leczniczymi.
— To daję ci w nagrodę za odgrywanie roli owego świątka. Bo widzisz, jesteś jeszcze tak młody, iż ci się zdaje, że będziesz żył wiecznie, i nie troszczysz się o zdrowie. Oj, biedaż to zachorować podczas pracy! Sam lubię lekarstwa, a przydadzą się one też nieraz, by uleczyć jakiego chudzinę. Są tu dobre lekarstwa z apteki okręgowej... chinina i inne tym podobne. Daję ci je na pamiątkę. A teraz do widzyska. Mam tu po drodze załatwić pilny interes osobisty.
Cichuteńko niby kot zesunął się na gościniec wiodący do Umballi, zawołał na przejeżdżającą ekkę i odjechał z turkotem. Kim, nie mogąc wymówić ani słowa, obracał w rękach mosiężne pudełko od betelu.
Akta odnoszące się do nauki chłopca obchodzą mało kogo oprócz rodziców; Kim zaś, jak wiadomo, był sierotą. W księgach zakładu św. Ksawerego in partibus infidelium zapisano, że sprawozdanie z postępów Kima posyłano z końcem każdego okresu szkolnego na ręce pułkownika Creightona i ojca Wiktora, od których w zamian zawsze punktualnie przychodziły pieniądze na kształcenie chłopca. W tychże księgach były dalej wzmianki, że okazywał wielkie zdolności w matematyce, jako też w kreśleniu map, i że za wyróżnianie się w tych przedmiotach dostał nagrodę (Żywot pana Wawrzyńca, dwa tomy, oprawa w skórkę cielęcą, co wyniosło — dziesięć rupii, osiem ann); drugą nagrodą było to, że grał w palanta jako jeden z jedenastu przedstawicieli zakładu św. Ksawerego przeciwko allighurskiemu kolegium mahometańskiemu — miał wtedy czternaście lat i dziesięć miesięcy. Był też szczepiony powtórnie (z czego można wnosić, że w Lucknow znów wybuchła epidemia ospy) — mniej więcej w tym samym czasie. Ołówkowe notatki na rogu starego dziennika klasowego wspominają, że Kim był kilkakrotnie karany za „przestawanie z nieodpowiednimi osobistościami”, a raz podobno poniósł ciężką karę za „samowolne oddalenie się w towarzystwie ulicznego żebraka”. Było to wtedy, gdy chłopak wykradł się poza furtkę i chodząc wzdłuż brzegów Gomtee nalegał na lamę, by ów pozwolił mu powłóczyć się z sobą w czasie następnych wakacji... przez miesiąc... a choćby przez tydzień; lecz lama opierał się temu jak głaz, zapewniając go, że jeszcze nie nadeszła pora po temu. Powinnością Kima (mówił starzec, gdy razem zjadali placki) było zdobywanie wiedzy sahibów; co potem — to jeszcze się zobaczy. Wszakoż dłoń przyjaźni widocznie jakimś sposobem odwracała bizun klęski, bo coś w sześć tygodni potem Kim zdał z odznaczeniem egzamin z miernictwa elementarnego; miał wówczas lat piętnaście i osiem miesięcy. Od tej daty w aktach o nim głucho. Jego nazwiska nie spotyka się w spisie tych, którzy w owym roku wstąpili do niższego Indyjskiego Instytutu Pomiarów — zamiast tego znajdują się słowa: „przeniesiony na stanowisko”.
W ciągu tych trzech lat niejednokrotnie do świątyni Tirthankerów w Benares przybywał skądsiś lama, nieco chudszy i kapkę żółciejszy (ile to możliwe), lecz zawsze jednako cichy i nieskażony na duchu. Czasem przybywał z południa... z południowego Tuticorinu, skąd odjeżdżają dziwne łodzie ogniste do Cejlonu, gdzie przebywają kapłani znający pali127; czasem znowu przybywał z dżdżystego, zielonego zachodu, z tych stron, gdzie przędzalnie bawełny wieńcem kominów otaczają Bombaj; to znowu z północy, gdzie przeszedł osiemset mil tam i z powrotem, aby pogwarzyć przez dzień cały z nadzorcą wizerunków w Domu Cudów. Za każdym razem wchodził do swej celi rżniętej w chłodnym marmurze (kapłani świątyni byli dobrzy dla starca), spłukiwał z siebie pył podróżny, odmawiał pacierze i wyjeżdżał do Lucknow trzecią klasą, bo już zupełnie się oswoił z koleją. Rzecz zastanawiająca (wyznawał jego przyjaciel-badacz arcykapłanowi), że ilekroć powrócił, na czas jakiś zaprzestawał się martwić zniknięciem rzeki i nie kreślił dziwnych obrazów przedstawiających koło życia, lecz wolał gwarzyć o piękności i mądrości jakiegoś tajemniczego cheli, którego żaden ze świątników nigdy nie widział na oczy. Tak, on — lama — chodził po całych Indiach śladami błogosławionych stóp. (Kustosz ma jeszcze po dziś dzień przedziwny opis jego wędrówek i rozmyślań.) W życiu nic mu już nie pozostawało, jak tylko odnaleźć Rzekę Strzały. Wszakoż we śnie miał objawienie, że nie może spodziewać się pomyślnych rezultatów, jeżeli ów poszukiwacz nie będzie miał przy sobie cheli, który byłby zdolen128 wszystko ziścić szczęśliwie i zdobyć wielką wiedzę — jaką słynie siwy strażnik wizerunków. Dla przykładu (tu sięgał do tykwy z tabaką, a uprzejmi kapłani dżeińscy milkli natychmiast) głosił taką przypowieść:
— Wiele, wiele lat temu, gdy Devadatta był królem Benaresu... niech wszyscy słuchają Dżataki129!... łowcy królewscy schwytali słonia; zanim zwierz zdołał wydostać się na wolność, zakuto go w bolesne dyby żelazne. Ze złością i wściekłością w sercu usiłował zrzucić te pęta, a biegając tam i sam po lasach, błagał inne słonie, swe pobratymy, ażeby je zerwali. Jeden po drugim dobierali się do kajdan potężnymi trąbami — żaden nie zmógł żelaza. W końcu wyrazili przekonanie, że obręczy nie skruszy żadna moc zwierzęca. Zasię w krzewinie leżało wśród stada jednodniowe, dopiero narodzone słoniątko, jeszcze mokre od wilgoci porodowej, któremu zdechła matka. Skowany130 słoń zapomniawszy o własnej katuszy rzekł: „Jeżeli nie poratuję tego cysioka, to jeszcze roztarasimy takie chuchro swymi nożyskami”. Stanął więc nad maleństwem, czyniąc ze swych nóg zaporę przed włóczącym się nieuważnie stadem. Od którejsiś poczciwej słonichy wyżebrał mleka dla niebożęcia; słoniątko podchowało się, a skowany słoń był mu przewodnikiem i obrońcą. Otóż, niech wszyscy słuchają Dżataki! — słoń potrzebuje lat trzydziestu pięciu, by dojść do pełni sił; przez trzydzieści pięć pór deszczowych skowany stary słoń opiekował się młodszym, a przez ten czas obręcz coraz to bardziej wżerała mu się w ciało. Pewnego razu młody słoń dostrzegł wpół wrośnięte żelazo i zwracając się do starego, zagadnął: „Cóż to takiego?”. „To właśnie mnie boli” — odparł ów, który nim się opiekował. Wtedy tamten wysunął trąbę i w mgnieniu oka skruszył obręcz mówiąc: „Nadszedł czas oznaczony”. Tak więc poczciwy słoń, który czekał cierpliwie i spełniał uczynki miłosierdzia, został w czasie oznaczonym wybawion przez tego słonika, którego pielęgnował, zawróciwszy ze swej drogi... niech wszyscy słuchają Dżataki!... bo słoniem tym był Ananda, a słoniątkiem, które zerwało mu okowy, był nie kto inny, jak sam Pan nasz najmiłościwszy...
Po czym potrząsał głową dobrotliwie i chrobocząc bez przerwy różańcem, wykazywał, jak owo słoniątko było wolne od grzechu pychy. Był tak pokorny, jak pewien chela, który widząc swego mistrza siedzącego w kurzu wedle Podwojów Wiedzy przeleciał przez wrzeciądze (mimo że były zaryglowane) i przycisnął mistrza do serca wobec pychą nadętych mieszczuchów. Sowitaż131 będzie nagroda takiego mistrza i takiego cheli, gdy przyjdzie na nich czas wspólnego szukania wolności!