Tak se132 pogwarzał lama, przelatując wzdłuż i wszerz nad całymi Indiami, cichuśko jak nietoperz. Pewna swarliwa starucha mieszkająca poza Saharunpore, w dworku okolonym drzewami owocowymi, czciła go, jak to kobieta umie czcić proroka, ale pokój jego nie był wcale murowany. Lama tam siadywał w ogrodzeniu dziedzińca, gdzie z góry nań poglądały gruchające gołębie; ona zaś odrzucała z twarzy zbędną namitkę i bajdurzyła o duchach i biesach buluańskich, o nienarodzonych jeszcze wnuczętach i o wyszczekanym bachorze, który rozmawiał z nią kiejś133 na popasie. Kiedyś zasię starzec powlókł się sam w bok od głównego traktu pod Umballą — do onej wioski, gdzie to kapłan chciał go odurzyć odwarem; łaskawe niebiosa, które czuwają nad lamami, doprowadziły go, gdy zadumany i niefrasobliwy szedł pośród łanów o zmierzchu, przed wrota ressaldara (rotmistrza). Tu, zdaje się, zaszło wielkie nieporozumienie, gdyż stary wiarus zapytał go, czemu Przyjaciel gwiazd nieledwie przed sześciu dniami przechodził tą drogą.

— To niemożliwe! — rzekł lama. — On powrócił do swych rodaków.

— Dyć134 on tu siedział w tym kącie pięć dni temu i opowiedział mi kopę135 zabawnych dykteryjek — obstawał przy swoim gospodarz. — Po prawdzie, to nad ranem znikł nagle jakoś bez śladu, nagadawszy się trzy po trzy z moją wnuczką. Rośnie chłopak jak na drożdżach, ale jest zawsze tym samym Przyjacielem gwiazd, który przyniósł mi niemylną wieść o wojnie. Czyżeście się rozeszli?

— Tak... i nie... — odparł lama. — My... my... nie rozłączyliśmy się zupełnie, tylko jeszcze nie nadszedł czas, byśmy się razem mieli puszczać w drogę. On znajduje się w pewnej miejscowości, gdzie zdobywa wiedzę. Musimy jeszcze czekać.

— Mniejsza z tym... ale gdyby to nie był ów chłopak, to czemużby on tak ustawicznie mówił o tobie?

— A cóż on mówił? — zapytał lama gorączkowo.

— A, same dobre słowa... ze sto tysięcy ich było: że jesteś jego matką i ojcem i tak dalej. Szkoda, że nie wstąpi w służbę Królowej. To ci chwat!

Ta nowina zdumiała lamę, który wówczas jeszcze nie wiedział, jak święcie Kim dotrzymywał układu zawartego z Mahbubem Alim i zatwierdzonego siłą rzeczy przez pułkownika Creightona...

— Młodego kuca nie odwodzi się od gry! — rzekł koniarz, gdy pułkownik wytykał mu, że ta wakacyjna włóczęga po Indiach nie prowadzi do niczego. — Jeżeli mu się nie pozwoli chadzać tam i sam wedle jego upodobania, to on złamie zakaz... a wtedy, kto go złapie? Sahibie-pułkowniku, chyba tylko raz na tysiąc lat trafi się koń tak wyborny do gry, jak ten nasz źrebak. A ludzi nam potrzeba!

Rozdział X