— Więc doskonale! — rzekł Creighton na wpół do siebie. — Niech sobie idzie z lamą, a jeżeli Hurree Babu będzie miał ich na oku, to nawet i lepiej! On nie narazi chłopca na różne zgryzoty, jak to czynił Mahbub. Dziwne... to jego pragnienie, by zostać F. R. S. Zresztą przymiot to zgoła ludzki. On, ten Hurree, istotnie celuje najlepiej w poszukiwaniach etnologicznych.

Za żadne skarby i odznaczenia pułkownik Creigthon nie dałby się odwieść od pracy w Indyjskim Instytucie Mierniczym, ale w głębi serca i on żywił pragnienie, by mógł kiedyś dopisać „F. R. S.” pod swoim nazwiskiem. Odznaczenia, na jakich się znał, można zdobyć dzięki zdolnościom lub poparciu ze strony przyjaciół, natomiast w jego największym przekonaniu, jedynie praca (tj. skrypty przedstawiające jej żywotność) mogła kogoś wprowadzić do Towarzystwa, do którego szturmował już od wielu lat monografiami o dziwacznych kultach i nieznanych obyczajach azjatyckich. Na dziesięciu ludzi zapewne dziewięciu, znudzonych do ostateczności, uciekłoby z soirée Towarzystwa Królewskiego; ale Creighton był tym dziesiątym, który czasami tęsknił w duszy do rojnych sal w niefrasobliwym Londynie, gdzie siwowłosi lub łysi jegomościowie, niemający zielonego pojęcia o wojsku, uwijali się wśród doświadczeń spektroskopicznych, maluchnych roślinek z zamarłych tundr, wśród maszyn elektrycznych do mierzenia szybkości i przyrządów do krajania lewego oka samiczki moskita na ułamki milimetrów. Według wszelkiej sprawiedliwości i słuszności winien był raczej apelować do Królewskiego Instytutu Geograficznego, lecz dorośli jak dzieci, wybierając zabawę, zdają się często na przypadek. Przeto Creigthon uśmiechnął się i nabrał lepszego wyobrażenia o Hurree Babu, którego ponosiły podobne pragnienia. Upuścił sztylet służący do zażegnywania biesów i spojrzał na Mahbuba.

— Kiedyż to możemy wypuścić źrebię ze stajni? — ozwał się koniarz, czytając w jego spojrzeniu.

— Hm! Jeżeli go wyciągnę rozkazem, to cóż on zrobi... jak ci się zdaje? Nigdy przedtem nie zajmowałem się kształceniem takiego chłopaka.

— Przyjdzie do mnie — rzekł Mahbub bez namysłu. — Sahib Lurgan i ja przygotujemy go do drogi.

— Niechajże tak będzie. Przez sześć miesięcy może sobie biegać, gdzie mu się podoba. Ale kto będzie ręczył za niego?

Lurgan z lekka pochylił głowę.

— On nie wygada się z niczym... jeżeli pan się tego właśnie boi, pułkowniku Creigthon.

— Bądź co bądź, jest to zawsze tylko chłopak.

— Ta-ak; ale po pierwsze on nie ma z czym się wygadać, a po wtóre wie, co by go za to spotkało. Zresztą on bardzo lubi Mahbuba, a i mnie po trosze.