— Czy będzie pobierał jaką płacę? — zapytał przezorny koniarz.

— Jedynie strawne na chleb i wodę. Dwadzieścia rupii miesięcznie.

Jedyną korzyścią służby tajnej jest to, że nie ma w niej kłopotliwej kontroli wydatków. Wynagrodzenie jest co prawda śmiesznie chude, lecz funduszem zarządza kilku ludzi, którzy nie żądają pokwitowań ani nie przedstawiają uwierzytelnionych rachunków. Oczy Mahbuba błyszczały prawie sikhijską chciwością pieniędzy. Nawet niewrażliwa twarz Lurgana jęła się mienić. Rozmyślał o tych nadchodzących latach, kiedy Kim będzie zaprawiony i wciągnięty w Wielką Grę, która odbywa się ustawicznie, dniem i nocą, w całych Indiach. Przewidywał, że dzięki temu uczniowi spłyną nań zaszczyty i zaufanie ze strony kilku wybranych. Wszak to sahib Lurgan już przedtem dzikiego, bezczelnego i kłamliwego prostaczka z prowincji północnozachodniej ukrzesał na dzisiejszego E-23.

Wszakoż radość tych nauczycieli była blada i mętna w porównaniu z radością Kima, gdy przełożony zakładu św. Ksawerego odwołał go na bok i oznajmił, że pułkownik Creighton wzywa go do siebie.

— Domyślam się, O’Haro, że on wynalazł ci posadę geometry-asystenta w Wydziale Kanalizacji: zawdzięczasz to dobrym postępom w matematyce. Wygrałeś wielki los, boć masz zaledwie lat siedemnaście; ale chyba to rozumiesz, że nie staniesz się pukka148, dopóki nie zdasz egzaminu powakacyjnego. Przeto nie powinieneś sądzić, że idziesz w świat dla zabawy albo że masz już zapewnioną karierę. Czeka cię jeszcze pracy niemało. Dopiero, gdy ci się uda zostać pukka, możesz, jak ci wiadomo, awansować na czterysta pięćdziesiąt rupii miesięcznie.

W związku z tym zwierzchnik udzielił mu jeszcze wielu dobrych rad dotyczących sprawowania, obycia towarzyskiego i obyczajności; zaś koledzy, zwłaszcza starsi, których jeszcze nie powoływano na stanowiska, sarkali, jak to potrafią jeno dryblasy anglo-indyjskie, na protekcję i przekupstwo. Co więcej, młody Cazalet, którego ojciec był niższym urzędnikiem w Chunarze, napomykał tu i ówdzie półgębkiem, że pieczołowitość, jaką okazywał pułkownik Creighton Kimowi, płynęła wręcz z rodzicielskich pobudek; Kim, zamiast odeprzeć potwarz, nie raczył nawet ust otworzyć. Rozmyślał nad czekającym go nie lada kawałem, nad wczorajszym listem Mahbuba, bardzo porządnie napisanym po angielsku, a naznaczającym mu dziś po południu spotkanie w domu, którego sama już nazwa zjeżyłaby grozą wszystkie włosy na głowie przełożonego.

Tego wieczora na stacji lucknowskiej, ponad wagą towarową, Kim mówił do Mahbuba:

— Bałem się, czy na koniec nie zawali się dach nade mną i czy mnie nie wystrychną na dudka. Czy naprawdę już wszystko się skończyło, o mój ojcze?

Mahbub strzyknął w palce, na znak, że wszystko na amen skończone, a oczy mu płonęły jak rozżarzone węgle.

— Więc gdzież mój pistolet? Niechże już go sobie przywieszę.