— Powoli, powoli! Przez pół roku możesz sobie pobiegać bez postronka u pęcin. Wyjednałem ci to u sahiba-pułkownika Creightona. No, i dwadzieścia rupii miesięcznie. Stary czerwony kapelusz wie, że przyjeżdżasz.
— Zapłacę ci dastoorie (faktorne) z mej trzymiesięcznej pensji — rzekł Kim posępnie. — O tak, dwie runie miesięcznie. Ale wpierw musisz mnie uwolnić od tych łachów (skubnął się w cienkie płócienne porcięta i szarpnął kołnierzyk). — Przyniosłem z sobą wszystko, co potrzeba do drogi. Kufer odesłałem do sahiba Lurgana.
— ...który zasyła ci salaamy (ukłony)... sahibie.
— Sahib Lurgan to człek wielce grzeczny. Lecz co ty porabiasz?
— Jadę znów na północ, by uczestniczyć w wielkiej grze. I cóż by więcej? Czy jeszcze się wciąż napierasz, by iść za starym czerwonym kapeluchem?
— Nie zapominaj, że on mnie zrobił, czym jestem... choć sam o tym nie wiedział. Rok rocznie posyłał pieniądze na moją naukę.
— I ja bym to zrobił... gdyby ta myśl mi weszła w twardą łepetę! — burczał Mahbub. — Pódzi149 no ze mną. Lampy już zapalono i na rynku nikt cię nie spostrzeże. Podrałujemy do domu Huneefy.
Gdy tam szli, Mahbub udzielał mu takich samych przestróg, jakich Lemuelowi udzielała jego matka i, rzecz osobliwa, Mahbub wprost usiłował dowieść, jak Huneefa i jej podobne niewiasty niejednego króla przyprawiły o zgubę.
— Przypominam sobie też — (podchwytywał złośliwie) — czyjeś słowa: „Ufaj wężowi bardziej niż kobiecie rozwiązłej, a kobiecie rozwiązłej więcej niż Pathanowi Mahbub Ali”. Otóż, pominąwszy Pathanów, do których i ja się zaliczam, słowa powyższe są w zupełności prawdziwe. Najprawdziwsze zaś bywają w wielkiej grze, ponieważ właśnie dzięki kobietom wszystkie zamysły spełzają na niczym, a nas samych potem ludziska o świcie znajdują z poderżniętym gardłem. Tak właśnie przydarzyło się jednemu... — i opowiedział całą rzecz, nie pomijając najjaskrawszych szczegółów.
— Więc cóż...?