Kim zatrzymał się przed obskurną klatką schodową, co wspinała się w parne pomrocze pokoju na piętrze, w tej połaci domu, która znajduje się za sklepem tytoniowym Azima Ullaha. Ci, którzy znają tę izbę, nazywają ją „klatką ptaszęcą” — tyle tu szeptów, poświstywań, świegotów.

Izba, zawalona brudnymi poduszkami i niedopalonymi hookah, cuchnęła obrzydliwie zatęchłym tytoniem. W jednym kącie spoczywało ogromne, niezdarne babsko, odziane w zielonkawą gazę; jej brwi, nos, uszy, przeguby rąk, ramiona, kibić i kostki były obwieszone ciężkimi ozdobami krajowego wyrobu. Gdy się odwróciła, rozległ się chrzęst niby garnków miedzianych. Na balkonie za oknem miauczało zgłodniałe, chude kocisko. Kim oszołomiony stanął przy kotarze w drzwiach.

— Czy to nowy towar, Mahbubie? — odezwała się Huneefa gnuśnie, ledwie racząc wysunąć z ust cybuch. — O Buktanoo! — (jak większość kobiet jej cechu, zaklinała się na dżinny150 — o Buktanoo! Bardzo jest przystojny!

— To przedgrywka do sprzedaży konia — tłumaczył Mahbub Kimowi; ten roześmiał się.

— Takiej gadaniny nasłuchałem się od pierwszego tygodnia po urodzeniu — odparł, siadając w miejscu oświetlonym. — Do czego to prowadzi?

— Do zabezpieczenia. Dziś zmienimy twą cerę. To sypianie pod dachem wybieliło cię jak migdał. Ale Huneefa zna farbę, która trzyma się dobrze; nie będzie to malowanie na parę dni. Ponadto uzbroimy cię przeciwko przygodom podróży. Taki to ode mnie otrzymasz podarunek, mój synu. Wyjmij wszystkie blachy, jakie masz na sobie, i złóż je tutaj. Zwijaj się prędzej, Huneefo!

Kim wydobył kompas, mierniczą skrzynkę z farbami i świeżo napełnione pudełko z lekarstwami. Wszystko to towarzyszyło mu stale we wszystkich podróżach, a on, jak to chłopak, bardzo sobie cenił te sprzęty.

Kobieta podniosła się z wolna i posuwała się, wyciągając ręce nieco przed siebie. Kim zmiarkował, że była ślepa.

— Nie, nie — mruczała — Pathan mówi prawdę... moja farba nie schodzi w tydzień ani też w miesiąc, a ci, których zabezpieczę, mają niechybną uchronę.

— Gdy się jest samemu gdzieś w obczyźnie, niedobrze jest nabawić się ni stąd ni zowąd jakichś wrzodów lub trądu — rzekł Mahbub. — Gdy żyłeś ze mną, mogłem wszystkiego dopilnować. Zresztą Pathan ma delikatną skórę. Rozbierz się do pasa i przypatrz się, jak wybielałeś.