Huneefa właśnie wracała z pokoju w głębi, macając drogę.
— Nie przejmuj się niczym, ona nie widzi — i wziął cynowy kubek z jej dłoni pokrytej pierścieniami.
Farba okazała się niebieska i kleista. Kim, umoczywszy w niej płatek bawełny, spróbował jej na przegubie ręki; ale Huneefa dosłyszała to.
— Nie, nie! — zawrzasła151. — Nie tak to się przystępuje do dzieła, ale z należytymi obrzędami. Malowanie nie jest tu rzeczą najważniejszą. Zabezpieczę cię zupełnie od przypadłości tej włóczęgi.
— Czy to dżadu (czary)? — zapytał Kim, wzdrygnąwszy się nieco. Nie lubił patrzeć w białe, wzroku pozbawione źrenice. Mahbub, położywszy mu rękę na karku, zgiął go ku podłodze, tak iż nos chłopaka znalazł się na cal od desek.
— Zachowaj się spokojnie. Nic ci się złego nie stanie, mój synu. Jestem twoją ofiarą.
Nie mógł dostrzec, do czego wzięła się kobieta, ale przez kilka minut słyszał chrzęst jej ozdób. Zapałka rozkwieciła ciemności; wyróżnił dobrze mu znane parkotanie i mdły zapach ziarnek kadzidła. Potem izba napełniła się dymem... ciężkim, wonnym, odurzającym. Poprzez wzmagającą się senność słyszał imiona czartów: Zulbazana, syna Eblisa (Belzebuba), który przemieszkuje w bazarach i parach, powodując wszelkie nagłe, lubieżne szaleństwa spotykane na postojach przydrożnych; Dulhana, czającego się koło meczetów, który przebywa wśród pantofli wiernego pospólstwa152, odwodząc ludzi nabożnych od modlitwy; a także imię Mazbuta, pana kłamstwa i lęku. Huneefa, to szepcząc chłopcu do ucha, to znów przemawiając jak gdyby z niezmiernej odległości, dotykała go obrzydliwie miękkimi palcami, lecz Mahbub nie wypuszczał jego karku ani na chwilę z silnego uchwytu. Na koniec Kim, wyrwawszy się z westchnieniem, runął bez zmysłów na ziemię.
— Allach! Jakże on się opierał! Nigdy byśmy tego nie zdziałali inaczej, jak tylko ziołami. Przypuszczam, że to za sprawą jego białej krwi... — rzekł Mahbub zrzędnie. — Klepże dalej dawut (zaklęcia). Obdarz go zupełnym bezpieczeństwem.
— O, Słuchający! Ty, który słyszysz uszami, bądź obecny! Usłysz, o Słuchający! — jęczała Huneefa, zwracając zmartwiałe oczy w stronę zachodu. Ciemna izba napełniła się jękami i charczeniem.
Z balkonu, od strony dworu, jakaś przysadzista postać wytknęła baniastą głowę i zakaszlała nerwowo.