Służy w potrzebie, do czynu zagrzewa,
Wiąże czar albo do śmiechu pobudza!
Ale człek taki, co itd. Op. 15.
Nagle przyszło łatwe do zrozumienia opamiętanie. „Oto jestem sam... samiutki... — rozmyślał. — W całych Indiach nie ma człowieka tak osamotnionego, jak ja! Jeżeli dziś kitę odwalę, to kto zaniesie o tym wieść... i komu? Jeżeli będę żyw, a Pan Bóg łaskaw dla mnie, to na głowę moją nałożą cenę, bom ci jest synem czaru... ja, Kim”.
Zdarza się to bardzo niewielu ludziom białym, a za to wielu Azjatom, że zapadają w pewien stan oszołomienia przez ustawiczne powtarzanie własnego nazwiska, przy czym umysł ich zapuszcza się w dociekania co do tzw. tożsamości osobistej. Gdy człek się posunie w latach, siła ta zazwyczaj zanika, lecz dopóki jeszcze trwa, zdolna jest owładnąć człowiekiem o każdej chwili.
— Któż jest Kim... Kim... Kim?
Przycupnął w kącie gwarnej, echem dzwonnej poczekalni, oderwany od wszelkich innych myśli; założył ręce na brzuchu, a źrenice mu się zrobiły maleńkie ni to koniuszki szpilek. Czuł, że w jednej chwili... może w pół sekundy... doszedłby do rozwiązania tej straszliwej zagadki; lecz jak to bywa, tutaj właśnie jego myśl niby raniony ptak runęła z tych wyżyn... Przetarłszy oczy, potrząsnął głową.
Długowłosy bairagi (pokutnik) hinduski, który przed chwilą kupił bilet, stanął w tej chwili przed Kimem i jął się weń wpatrywać uważnie.
— Jam także ją utracił — ozwał się posępnie. — Jest to jedna z bram ku drodze zbawienia, lecz była mi ona zamknięta przez wiele lat.
— O czymże mowa? — rzekł Kim stropiony.