— Jestem chelą lamy Teshoo, świątka z Bhotiyal... który tu mieszka. Kazał mi tu przybyć. Powiedz mu, że czekam.
— Nie zapominaj o dziecku! — jęczał mu poprzez ramię natrętny Dżat, a potem jął się wydzierać po pendżabsku: — O święty... o uczniu świętego... o bóstwo nad wszystkimi światami... spójrzcie na boleść siedzącą u wrót!
Ten krzyk słyszy się tak często w Benares, że przechodnie nawet nie odwracali głów. Oswal, pojednany z bliźnimi, poniósł zlecenie kędyś w mrok przed siebie. Płynęły chwile za chwilami, gnuśnie, bez liczby, bez końca, jak to bywa na Wschodzie; albowiem lama spał, a nikt z kapłanów nie ważył się go budzić. Gdy pobrzęk jego różańca przerwał znów ciszę wnętrznego158 dziedzińca, gdzie stoją spokojne wizerunki Arhatów, jeden z nowicjuszów szepnął:
— Twój chela przybył.
Starzec wypadł co rychlej na dwór, nie dokończywszy nawet pacierza. Zaledwie jego wyniosła postać ukazała się w sieni, na spotkanie wybiegł Dżat i wznosząc dziecko zawołał:
— Spójrz na niego, mężu święty; a jeśli bogi tego chcą, on będzie żył... będzie żył!
Pogmerał w kalecie i wyciągnął drobny srebrny pieniążek.
— Cóż to takiego? — zapytał lama, patrząc na Kima; rzecz godna uwagi, że mówił językiem Urdu o wiele czyściej niż ongi159, pod Zam-Zammah. Ale ojciec nie zezwolił na prywatne pogawędki.
— Nic innego, tylko febra — rzekł Kim. — Dziecko jest źle odżywiane.
— Ono zapada w chorobę z byle powodu, a nie ma tu jego matki.