— Jeżeli pozwolisz, mogę go uleczyć, o święty.

— Co? Zrobili cię lekarzem? Zaczekaj no! — rzekł lama, siadając obok Dżata na najniższym stopniu świątyni; tymczasem Kim, rozglądając się ukradkiem, otworzył nieznacznie puzdereczko betelu. W szkole roił sobie, że powróci do lamy jako sahib... że będzie się droczył ze staruszkiem, zanim da mu się poznać... ot takie fanaberie dziecinne! Ale więcej intrygi było w tym namarszczeniu brwi i tym niesamowitym przerzucaniu słoiczków z lekarstwami, którą to czynność od czasu do czasu przerywały chwile zadumy lub mamrotania zaklęć. Miał tam Kim chininę w tabletkach i ciemnobrunatne kostki bulionu — zapewne wołowego, ale jego to nie obchodziło. Maleństwo nie chciało jeść, ale chciwie jęło wysysać jedną z tabliczek mówiąc, że mu to przypomina smak soli.

— Weź więc sześć takich — rzekł Kim, wręczając je dzierżawcy. — Wysławiaj bogów i ugotuj w mleku trzy takie pastylki, a trzy w wodzie. Gdy wypije mleko, daj mu to — (było to pół dawki chininy) — i owiń go ciepło. Gdy się obudzi, daj mu trzy drugie rozpuszczone w wodzie i drugą połówkę tej białej pigułki. A tymczasem masz tu jeszcze inne brązowe lekarstwo, niech je sobie liże, wracając do domu.

— Bogowie! Co za mądrość! — rzekł Kamboh, chwytając to wszystko.

Było to wszystko, co Kim zdołał sobie przypomnieć z własnej kuracji podczas ataku jesiennej malarii... jeżeli pominąć całą tę paplaninę, dodaną na przyczynek, celem oczarowania lamy.

— A teraz odejdź! Przyjdź znowu jutro rano.

— Ależ zapłata... zapłata... — ozwał się Dżat, odwracając rozrosłe bary. — Dyć160 mój syn, to mój syn. Teraz, gdy on wyzdrowieje, jakoż wrócę do jego matki i powiem, że po drodze doznałem wspomożenia, a w zamian nie dałem memu dobroczyńcy nawet misy zsiadłego mleka?

— Wszyscy ci Dżatowie są jednacy! — rzekł Kim z pobłażliwą wyrozumiałością. — Stał raz Dżat na swym śmietniku, a obok przejeżdżały słonie królewskie. „Hej, poganiaczu! — zawołał — za ile mi sprzedasz te osły?”.

Dżat wybuchnął hucznym śmiechem, który jednak stłumił niebawem, i jął tłumaczyć się przed lamą.

— Tak to istotnie mawiają w moich stronach rodzinnych... ot takie prześmiewki. Tacyśmy to wszyscy, Dżatowie. Jutro przyjdę z dzieckiem, a błogosławieństwo bóstw domowych... które są dobrymi bożętami... niech spłynie na nas obu... No, chłopysiu, nabierzemy znów zdróweczka i krzepy! Nie wypluwaj tego, moje książątko! Królu mego serca, nie wypluwaj tego, a do rana wyrośniemy na silnych ludzi, zapaśników, władców buławy.