— Ależ tyś naprawdę stary, o święty!

— Stało się. Świat podlega odwiecznej Przyczynie i któż, stary czy młody, chory czy zdrowy, świadomy czy niewiedzący, może wpłynąć na działanie tej Przyczyny? Czy zatrzyma się koło, jeżeli kręci nim dziecko... lub człek pijany? Chelo, ten świat jest wielki i straszny!

— Mnie wydaje się on dobry! — ziewnął Kim. — Czy masz co do jedzenia? Akurat od wczoraj nic nie miałem w ustach.

— Zapomniałem o twoich potrzebach. Tam oto jest dobra herbata bhotiyalska i zimny ryż.

— Niedaleko zajdziemy o takiej strawie!

Kim czuł iście europejski apetyt na mięso, którego tknąć nie wolno w świątyni dżeińskiej. Jednakowoż zamiast puścić się od razu z miską po prośbie, nabił sobie żołądek porcją zimnego ryżu. Z białym dniem nadciągnął dzierżawca, bardzo ożywiony, bełkocząc z radości.

— W nocy gorączka spadła i wystąpiły poty — krzyczał. — Pomacajcie... jaką ma skórę gładką i świeżą! Bardzo mu smakowały słone tabletki i chciwie pił mleko.

Ściągnął zasłonę z twarzy dziecka, a ono uśmiechnęło się sennie do Kima. U wrót świątyni zebrała się gromadka kapłanów dżeińskich i milcząc, nie mniej bacznie przyglądała się wszystkiemu. Wiedzieli (a Kim wiedział, że wiedzieli), jak to stary lama powitał swego ucznia. Jako ludzie uprzejmi, nie narzucali się w ciągu nocy swą obecnością, słowami lub wyrazem twarzy; Kim odwdzięczył się im za to o wschodzie słońca.

— Podziękuj, bracie, bogom dżeińskim — przemówił, nie wiedząc, jak się nazywały te bożki. — Gorączka istotnie przeminęła.

— Spójrzcie no! Patrzcie! — mówił rozpromieniony lama, stojąc pośród tych, co gościli go przez trzy lata. — Czy był kiedy taki chela? On idzie w ślady naszego Pana-uzdrowiciela.