— W służbie tego świątobliwego — i Kim wskazał palcem na błogo drzemiącego lamę, który od razu się przecknął na swojskie mu słowo.

— Ach, on był mi z niebios zesłany ku pomocy. Nazywają go Przyjacielem całego świata, a zowią go także Przyjacielem gwiazd. Obecnie, gdy już dorósł, został lekarzem. Wielka jest jego mądrość.

— ...i „synem czaru” — dopowiedział Kim półgłosem, gdy Kamboh nabijał czym prędzej fajkę, by Mahratta nie zwrócił się do niego z prośbą o jałmużnę.

— A tamten któż to taki? — zapytał Mahratta, rzucając w bok niespokojne spojrzenie.

— Człek pewien, któremu ja... któremuśmy wyleczyli dziecko, za co jest nam bardzo zobowiązany... Siądź koło okna, człecze z Dżullundur. Mam ci tu chorego.

— Ph! Nie pragnę bynajmniej wdawać się z pierwszym lepszym powsinogą. Nie mam długich uszu ani nie jestem babą, by podsłuchiwać sekrety — żachnął się Dżat, powlókłszy się ociężale w najdalszy kąt przedziału.

— Więc z ciebie jest kawał znachora? Oj, bo mnie to potłukło od siedmiu boleści! — darł się Mahratta, podchwytując przerwany wątek rozmowy.

— Ten człowiek jest cały pokiereszowany i potłuczony. Chcę go leczyć — wywinął się Kim. — Przecie nikt nie wtrącał się do mnie, gdym leczył twe dziecko.

— Alem ci dostał burę! — rzekł Kamboh skruszony. — Jesteś cudotwórcą... wiem o tym.

— Pokaż mi rany! — to mówiąc, Kim schylił się nad karkiem Mahratty, a serce w nim niemal zamierało, bo była to wielka gra wraz z odwetem. — No, a teraz, brachu, opowiedz migiem wszystko, a ja tu nad tobą będę mruczał zaklęcia.