W parę godzin później wpakowali się do pociągu i przespali całą skwarną porę dnia. Kamboh zasypywał Kima tysiącznymi zapytaniami dotyczącymi życia i działalności lamy i otrzymał parę przedziwnych odpowiedzi. Kim czuł radość, że się tu znajduje, że przygląda się krajobrazowi równiny północno-zachodniej i może gwarzyć ze zmieniającą się wciąż gawiedzią towarzyszów podróży. Jeszcze po dziś dzień kupno biletów i ich kasowanie stanowi ciężką mordęgę dla wieśniaków indyjskich. Nie mogą pojąć, czemu to tak bywa, że oni zapłacili za czarodziejskie skrawki papieru, a jacyś tam cudzoziemcy mają odcinać znaczną część tego czaru. Wskutek tego pomiędzy podróżnymi a euroazjatyckimi kontrolerami powstają długie i zajadłe swary. Kim uczestniczył w nich kilkakrotnie, służąc rozsądną radą, to jest dbając o to, by zawikłać jeszcze więcej całą sprawę, a następnie popisać się swą mądrością wobec lamy i zdumionego Kamboha. Atoli koło Somny losy zesłały mu coś, co mu dało wiele do myślenia. Gdy już pociąg ruszył, do przedziału wtłoczył się niepozorny, chudy człowieczek — jakiś Mahratta172, ile Kim miarkował z kokardy obcisłego turbanu. Na twarzy widać było szramę, muślinowe ubranie zwierzchnie było szpetnie podarte, a jedną nogę miał obandażowaną. Opowiedział towarzyszom jazdy, że przewrócił się z wasągiem173 i o mało się nie zabił. Celem jego podróży było Delhi, gdzie mieszkał jego syn.
Kim bacznie przyglądał się przybyszowi. Gdyby ów istotnie, jak opowiadał, toczył się był po ziemi, na jego skórze byłoby znać odciski żwiru. Tymczasem wszystkie jego okaleczenia wydawały się wprost ranami ciętymi, a sam tylko upadek z wasąga nie wprawiłby nikogo w tak niebywałe przerażenie. Gdy drżącymi palcami zawiązywał poszarpany chałat pod szyją, odsłonił amulet z rodzaju tych, które zowią podnosicielami serc. Otóż amulety takie są wprawdzie czymś pospolitym, ale zazwyczaj nie bywają nawleczone na tęgo skręcony drut miedziany, a jeszcze mniej amuletów miewa czarną emalię na srebrze. Prócz Kamboha i lamy nie było ponadto żywej duszy w przedziale, który, jako starego typu, miał na szczęście obie ściany przez całą szerokość wagonu. Kim udał, że się skrobie w pierś, i przy sposobności podniósł własny amulet. Na ten widok Mahratta poprawił swój amulet na piersi, a twarz mu się zmieniła do niepoznaki.
— Tak — mówił dalej do Kamboha — jechałem na łeb na szyję, a że woźnica był ciemięga, więc uwadził174 kołem o przykopkę i nie dość, że mnie potłukł, ale ponadto wywalił całą misę tarkeeanu. Nie byłem dziś „synem czaru” (szczęśliwym człowiekiem).
— O, to wielka strata! — ozwał się Kamboh, nie okazując wielkiego zainteresowania; przejścia benarskie zrodziły w nim podejrzliwość.
— Kto go gotował? — zapytał Kim.
— Pewna kobieta — odrzekł Mahratta, podnosząc oczy.
— Dyć każda baba umie gotować tarkeean — zauważył Kamboh. — O ile mi wiadomo, jest to dobra potrawa.
— O tak, to dobra potrawa! — potwierdził Mahratta.
— I tania — rzekł Kim. — Lecz jakże z kastą?
— Ach, mniejsza o kastę, gdy człek chce... zakosztować tarkeean — odpowiedział Mahratta, zachowując przepisany spadek głosowy. — W czyjej jesteś służbie?