— Teraz sobie przypominam — mówił lama, jak gdyby ta myśl dopiero po raz pierwszy zaświtała mu w głowie. — Jest to kobieta zacna, ale niepowściągliwie gadatliwa.

Kim siedział na krawędzi krowiego koryta, opowiadając baje dzieciom kowala wiejskiego.

— Ona będzie się ino dopraszała o drugiego syna dla swej córy. Nie zapomniałem o niej — odezwał się. — Niechajże zdobędzie sobie zasługę. Oznajmij, że przybędziemy.

W przeciągu dwu dni przebyli jedenaście mil polami, a u celu podróży zostali przyjęci z wielką paradą; albowiem stara jejmość utrzymywała piękną tradycję gościnności i nagięła do niej też swego zięcia, który był zawojowany przez swe niewiasty i okupywał spokój pożyczkami u lichwiarza. Wiek wcale nie nadwątlił jej języka ni pamięci, toteż spoza dyskretnie zatarasowanego okna na piętrze — a głosu jej słuchał co najmniej tuzin służących — obsypała Kima komplementami, które słuchaczom europejskim zjeżyłyby włosy na głowie.

— Ale ty jesteś wciąż tym samym bezwstydnym żebrakiem z parao! — krzyczała piskliwym głosem. — Nie zapomniałam cię, drapichruście! Umyjcie się i przekąście coś niecoś. Ojciec syna mej córki oddalił się z domu na pewien czas, więc my, biedne kobiety, siedzimy tu bezczynnie jak głuchonieme.

By tego dowieść, łajała wciąż bez litości wszystkich domowników, póki nie przyniesiono jadła i napoju; zaś gdy nadszedł wieczór — wonny od dymów, ścielący się po polach barwą turkusową i szaro-miedzianą — przyszła jej ochota wydać rozkaz, by jej palankin ustawiono na niechlujnym podwórku, gdzie przy kopcących smolnych łuczywach gawędziła z gośćmi swymi do syta spoza niezbyt szczelnie zasuniętych kotar.

— Gdyby mąż święty przybył sam, przyjęłabym go inaczej, ale z tym hultajem któż by się bawił w ceregiele?

Maharanee — rzekł Kim, dobierając, jak zwykle, co najwspanialszego tytułu — czy to moja wina, że jakiś sahib... sahib z policji... nazwał Maharanee, której twarz...

— Cyt! To było w podróży. Gdy pielgrzymujemy... znasz przysłowie.

— ...że nazwał Maharanee kruszycielką serc i rozdawczynią rozkoszy?