— Że też to pamiętasz? Prawda. Tak on mówił. Było to w okresie rozkwitu mej piękności — zachichotała jak papuga zadowolona z otrzymanego kawałka cukru. — Teraz opowiedz mi o swoich przygodach... o ile to możliwe bez wstydu. Ileż to dziewcząt, ile mężatek zaglądało ci w oczy? Czy przybywacie z Benares? Byłabym tam poszła znów w tym roku, ale moja córka... mamy tylko dwóch synów. Fe! Takie są skutki mieszkania na tych nizinach! W Kulu mężczyźni są jak słonie. Lecz chciałam prosić męża świętego (odejdź na bok, hultaju!), by zażegnał wielce bolesne odęcie i kłucie, które w okresie dojrzewania mango nawiedziło pierworodnego syna mej córki. Dwa lata temu udzielił mi nader skutecznego zaklęcia.

— O mężu święty! — rzekł Kim, podrwiwając sobie wesoło ze skruszonego oblicza lamy.

— To prawda. Dałem jej coś na usunięcie parcia...

— Na zęby... zęby... zęby... — obruszyła się stara jejmość.

— Uzdrawiaj ich, gdy są chorzy — cytował Kim z upodobaniem — lecz żadną miarą nie odbywaj guseł. Pamiętaj, co się przytrafiło Mahratcie.

— Było to przed dwiema porami deszczowymi, a ona dała mi się we znaki swym wiekuistym natręctwem — zajęczał lama, jak gdyby go oczekiwał sąd niesprawiedliwy. — Tak się zdarza... bacz na to, mój chelo... że nawet ci, którzy chcą postępować Drogą zbawienia, dają się z niej sprowadzić przez próżne niewiasty. Gdy dziecko było chore, gadała ze mną przez trzy dni bez przerwy.

Arrè! A z kimże miałam gadać? Matka chłopaka na niczym się nie znała, a ojciec... noce bywały wtedy chłodne... mawiał: „Módl się do bogów” i chrapał, odwróciwszy się na drugi bok.

— Dałem jej środek czarnoksięski. Cóż miał począć człek stary?

— Powstrzymanie się od działania jest rzeczą chwalebną... chyba że się chce zdobyć „zasługę”.

— Ach, chelo, jeżeli mnie porzucisz, będę sam, samiuteńki.