— Bądź co bądź, z mlecznymi ząbkami poszło mu łatwo! — rzekła stara jejmość. — Lecz wszyscy kapłani są jednakowi.
Kim zakaszlał poważnie. Choć był młody, jednak nie podobało mu się jej gadulstwo.
— Narzucać się mędrcowi w chwili niestosownej jest to tyle, co ściągać na siebie nieszczęście.
— Tam ponad stajniami jest gadatliwy mynah — (to odparowanie sztychu zostało poparte znamiennym stukiem palca wskazującego, przybranego w diamenty) — który przybiera nawet tony kapłana domowego. Może zapominam o czci należnej gościom, ale gdybyście widzieli mojego malca, jak składa obie piąstki na brzuszku, co podobny jest do na pół dojrzałej dyni, i jak woła: „Tu boli!”, to byście mi wybaczyli!... Jużem się na poły zdecydowała wziąć lekarstwo od tego hakima (lekarza). Sprzedaje tanio i pewno to na nim on tak się upasł jak byk samego Shiwy. Mój malec nie wzbrania się przyjąć lekarstwa, ale ja wahałam się dać je dziecku z powodu podejrzanej barwy flakoników.
Lama, korzystając z tego monologu, zniknął w ciemności, udając się do przygotowanego dla siebie pokoju.
— Widocznieś go uraziła! — rzekł Kim.
— O, nie! On jest zmęczony, a ja zapomniałam o tym, ponieważ jestem babką. (Nikt nie umie tak dopatrzyć dziecka jak babka; matki są zdatne tylko do rodzenia.) Jutro, gdy zobaczy, jak urósł mój wnuk, pewno przepisze jakieś uroki. Wtedy też będzie mógł powiedzieć prawdę o skuteczności leków nowego hakima.
— Któż to jest ów hakim, Maharanee?
— Wędrowiec jak i ty, ale po za tym jest to wielce rozsądny Bengalczyk z Dakki... magister medycyny. Za pomocą małej pigułki, co działała jak sam bies rozpętany, wyleczył mnie z parcia w żołądku, jakie przytrafiało mi się po jedzeniu. Teraz on jeździ po świecie, sprzedając bardzo cenne mikstury. Ma nawet papiery, drukowane po angrezyjsku (angielsku), poświadczające, jak to on się przysłużył ułomnym mężczyznom i słabowitym kobietom. Bawił tu cztery dni, ale słysząc o waszym przybyciu (na całym świecie hakimowie i kapłani żyją z sobą jak wąż z tygrysem) podobno gdzieś się schował.
Gdy po tej mówce nabierała tchu na nowo, stary sługa, siedzący nieporuszenie przy pochodni, mruknął: