— Ten dom jest dalibóg istnym szałasem wszelkich wydrwigroszów i... kapłanów. Niechby już chłopak przestał jadać owoce mango... ale jakże tu kłócić się z babką?
Po czym z uszanowaniem podniósł głos:
— Sahiba, hakim urządził sobie drzemkę poobiednią. Można go zdybać w izbie za gołębnikiem.
Kim zjeżył się jak węszący jamnik. Zaczepienie i upokorzenie Bengalczyka kształconego w Kalkucie, zwinnego olejkarza dakkańskiego, wydało mu się grą nie lada. Nie zanosiło się na to, by lama, a przygodnie i on sam, miał być usunięty w cień przez jakiegoś tam przybłędę. Znał on te pocieszne ogłoszenia w niezdarnej angielszczyźnie, znajdujące się na końcowych stronicach gazet krajowych. Uczniowie zakładu św, Ksawerego przynosili je nieraz po kryjomu, by natrząsać się z nich w gronie kolegów, albowiem wyrażenia wdzięcznego pacjenta wyliczającego swe dolegliwości bywają wielce naiwne, a nieraz i dwuznaczne. Orias, który był nie od tego182, by podjudzić jednego pieczeniarza przeciwko drugiemu, pomknął w stronę gołębnika.
— Tak! — ozwał się Kim trochę urągliwie. — Ich towarem jest odrobina zabarwionej wody i wielka doza bezczelności. Ich pastwą stają się podupadli królowie i opaśli Bengalczycy. Zarabiają na dzieciach... które się nie urodziły.
Stara jejmość zachichotała.
— Nie bądź no zazdrosny. Czary więcej się przydadzą, hę? Ja nigdy temu nie przeczyłam. Przypilnuj, by twój świątek zapisał mi rano dobry amulet.
— Tylko ludzie nieoświeceni zaprzeczają... — wypłynął z głębi ciemności jakiś głos ciężki a gruby i jakaś postać usiadła opodal, podwinąwszy nogi pod siebie. — Tylko ludzie nieoświeceni odmawiają skuteczności czarom, tylko ludzie nieoświeceni odmawiają wartości lekarstwom.
— Szczur znalazł kawałek imbiru i powiada: „Założę sklep korzenny! — odciął się Kim.
Oto więc zaczęła się walka na ostre; stara jejmość cała w słuch się zamieniła.