— Syn kapłana zna imiona trzech bogów i swojej piastunki, a powiada: „słuchaj mnie, bo inaczej przeklnę cię imionami trzech milionów wielkich potęg”. Niewątpliwie ten niewidzialny miał kilka strzał w swym kołczanie i mówił dalej: „jestem jedynie nauczycielem abecadła. Nauczyłem się całej mądrości sahibów”.
— Sahibowie nigdy się nie starzeją. Gdy są dziadkami, tańczą i bawią się jak dzieci. To chwackie plemię! — zapiszczał głos w głębi palankinu.
— Mam też i nasze lekarstwa skuteczne na rozpraszanie humorów w głowach ludzi krewkich i porywczych. Mam sina, doskonale przyrządzoną w czasie odpowiedniej przemiany księżyca; mam i żółte glinki... arplan z Chin, zdolne odmłodzić człowieka ku zdumieniu wszystkich domowników; mam szafran z Kaszmiru i najlepszy salep kabulski183. Wielu ludzi umierało... zanim...
— O, temu wierzę w zupełności! — rzekł Kim.
— ...zanim poznano skuteczność mych lekarstw. Ja swoim pacjentom daję nie sam atrament, którym pisane są zaklęcia, lecz doraźne i niezawodne lekarstwa, które wnikają w ciało i zwalczają choróbsko.
— Oj, czynią to sposobem bardzo gwałtownym! — westchnęła stara jejmość.
Głos nieznajomego rozmówcy jął wywodzić rozwlekłą opowieść o niepowodzeniach i bankructwie, naszpikowaną mnóstwem podań zaniesionych do rządu.
— Gdyby nie los, który mi we wszystkim psuje szyki, byłbym teraz na posadzie rządowej. Mam stopień naukowy otrzymany w wyższej szkole kalkuckiej, dokąd zapewne pójdzie kiedyś i infant184 tego domu.
— Jużci, że pójdzie. Jeżeli bękart naszego sąsiada może w ciągu lat kilku uzyskać F.A185. — (użyła terminu angielskiego, który często obijał się jej o uszy) — to chyba tym bardziej osiągną to dzieci mądre niczym człek poniektóry, co, jak mi wiadomo, otrzymywał nagrody w bogatej Kalkucie.
— Nigdy mi się nie zdarzyło widzieć takiego dziecka! — ozwał się głos. — Urodzone w szczęśliwą godzinę i... gdyby nie te kolki w brzuchu, które, niestety, przeszedłszy w chorobę żółci mogą zmieść go ze świata jak gołąbka... może dożyć lat długich... godzien zazdrości.