— Hai mai! — ozwała się stara jejmość. — Dyć chwalenie dzieci przynosi złą wróżbę, inaczej mogłabym przysłuchiwać się tej gawędzie. Ale tyły domu są niestrzeżone, a właśnie wśród takiego nastroju ludzie knują sobie to i owo... Ponadto odjechał ojciec dziecięcia, a ja na stare lata muszę być czaukedar (dozorczynią). Wstawać, wstawać! Podnieście palankin! Niech no hakim i młody klecha dojdą z sobą do porozumienia, czy więcej przydadzą się gusła, czy lekarstwa. Hej, nicponie, podajcie gościom tytoniu a... ja obejdę całe gospodarstwo!
Palankin potoczył się dalej, a za nim sunęły w rozsypce pochodnie i zgraja psów. Dwadzieścia wiosek znało sahibę... jej wady, jej ozór i jej hojną uczynność. Dwadzieścia wiosek oszwabiało ją według zwyczaju sięgającego niepamiętnych czasów, ale nikt za nic w świecie nie okradłby jej ani nie ograbił w obrębie jej posiadłości. Mimo to odbywała z wielką paradą tę urzędową inspekcję, której wrzawa dolatywała niemal do Mussoorie.
Kim rozpogodził oblicze, jak to bywa, gdy augur spotyka się z augurem. Hakim, siedząc wciąż w kucki, podał mu po przyjacielsku swą hookah, a Kim zaciągnął się dymem przepysznego zioła. Wyjadacze domowi spodziewali się poważnej dyskusji zawodowej, a zapewne po trosze i bezpłatnej fatygi lekarskiej.
— Rozprawiać o medycynie w obecności nieuków jest to samo, co uczyć pawia śpiewu! — rzekł hakim.
— Prawdziwą uprzejmością — basował mu Kim — jest często brak uwagi.
Były to, ma się rozumieć, formy towarzyskie mające na celu wywołanie wrażenia.
— Hej! Mam ci ja wrzód na nodze... — zabeczał jeden z kuchcików. — Patrzcie ino!
— Fora stąd! Wynocha! — ozwał się hakim. — Czy jest tu zwyczajem naprzykrzać się znamienitym gościom? Ciśniecie się jak bawoły.
— Gdyby sahiba wiedziała... — zaczął Kim.
— Ojej! Wynośmy się stąd! To nie dla nas kąsek... pani zagarnęła ich całkowicie. Gdy uleczą jej młodego szejtana (diabełka) z tych kolek w brzuchu, może nam chudzinom pozwolą...