— Pani żywiła twą żonę, gdyś ty siedział w ciupie za rozbicie łba lichwiarzowi. Kto śmie wygadywać coś na nią? — ozwał się stary sługa, pokręcając groźnie siwego wąsa w świetle księżyca, co był właśnie na młodziku186. — Ja tu jestem odpowiedzialny za honor domu! Huzia! — i pognał przed sobą za wrota całą gromadę podwładnych.

Hakim ledwo trochę otwierając, usta przemówił:

— Jak się masz, panie O’Haro? Ogromnie się cieszę, że widzę się znów z tobą.

Ręka Kima wpiła się w cybuch. Gdzieś na otwartej drodze może by się i nie zdumiał, ale tu, w tej zacisznej łasze, odległej od prądu życia, nie spodziewał się zastać Hurreego Babu; gniewało go i to, że się dał tak wziąć na kawał.

— Aha! Mówiłem ci w Lucknow: res-surgam... zmartwychwstanę, a ty mnie nie poznasz. O ileś się zakładał... hę?

Przeżuwał spokojnie parę ziarnek rzeżuchy, ale oddychał jakoś z trudnością.

— Ale po coś ty tu przybył, Babudżi?

— Ach! Ot-to pytanie, jak mówi Szekspir. Przybywam, by ci powinszować wspaniale uda-anej hecy w Delhi. Ooch! Mówię ci, że wszyscy szczycimy się tobą. Ładnie i zręcznie to zrobiłeś. Nasz wspólny znajomy jest z dawna moim przyjacielem. Bywał ci on nieraz w tęgich opałach, a teraz jeszcze więcej ich zak-kosztuje. On mi o tym opowiadał, ja zaś panu Lurganowi, który jest rad, że sprawiasz się tak gracko. Cały wydział cieszy się z tego.

Po raz pierwszy w życiu Kim uniósł się szczerą dumą (mogła to być, bądź co bądź, śmiertelna pułapka) z powodu pochwały udzielonej przez wydział; była to wprost usidlająca pochwała ze strony kolegów, którzy mieli go za równego sobie w pracy. Nic w świecie równać się nie mogło z tą pochwałą... Ale chyba taki babu (tak wołał wschodni instynkt w duszy Kima) nie puszcza się w daleką podróż li tylko dla wyrażenia komplementów...

— Opowiedzże, babu, co się z tobą działo! — rzekł nakazująco.