— Oooch, to bagatela! Byłem po prostu w Simli, gdy nadeszła depesza o tym, co pono ukrył nasz wspólny przyjaciel; zaś stary Creighton...

Spojrzał na Kima, chcąc się przekonać, jakie wrażenie wywrze na nim to zuchwalstwo.

— Sahib pułkownik! — poprawił go uczeń zakładu św. Ksawerego.

— A jakże! Dowiedział się, że jestem lozakiem, więc kazano mi iść do Chitor i odnaleźć ten pieski list. Nie lubię południa... za wiele tej jazdy koleją... ale udało mi się wydębić ładną sumkę na drogę. Ha, ha! w Delhi spotkałem naszego kmotra już w drodze powrotnej. Wypoczywa on sobie teraz spokojnie i mówi, że w ubiorze Saddhu jest mu do twarzy pod każdym względem. No, wtedy dopiero posłyszałem, jakeś ty się spisał sprawnie i szybko, pod naciskiem naglącej konieczności. Powiadam naszemu kmotrowi, że z ciebie spryciarz nie lada. Na Jowisza, to był świetny kawał! Przybywam, by ci o tym powiedzieć.

— Hm!

Żaby w przykopkach czyniły harmider co się zowie; księżyc już zniżał się ku zachodowi. Jakiś podochocony sługus wyszedł na dwór, by nacieszyć się nocą, i walił co sił w bęben. Następne zdanie Kim wypowiedział już po hindusku.

— Jak ci się udało nas wytropić?

— O to! To drobnostka! Od naszego wspólnego przyjaciela wiedziałem, że jedziesz do Saharunpore, więc się tam udałem. Taki czerwony lama nie jest osobistością niepozorną. Kupiłem sobie apteczkę podręczną, a jestem też po prawdzie niezłym lekarzem. Przez bród dostałem się do Akroli i dowiedziałem się o was wszystkiego, a zagadywałem to tu, to tam. Wszyscy ludzie prości wiedzą, co się z wami dzieje. Wiem, kiedy gościnna stara jejmość wysłała duli (lektykę). Mają tu wiele wspomnień o dawniejszych pobytach starego lamy. Wiem, że stare dziedziczki nie mogą wytrzymać bez lekarstw. Stałem się więc lekarzem i... słyszysz, co mówię? Ja sądzę, że to rzecz bardzo dobra. Słowo daję, panie O’Hara, ludzie tutejsi, wieśniacy, na pięćdziesiąt mil wokoło wiedzą o tobie i o lamie. Dlatego przybyłem. Czy uważasz?

— Babudżi — rzekł Kim, patrząc w szeroką, nieco drwiącą twarz — jestem przecie sahibem.

— Szanowny panie O’Haro...