— I spodziewam się, że wezmę udział w wielkiej grze.
— Na razie z ramienia wydziału jesteś moim podwładnym.
— Więc na cóż było rzecz całą obwijać w bawełnę? Przecież nie po to przychodzi się z Simli i to w przebraniu, by powiedzieć komuś parę pochlebnych słówek. Nie jestem dzieckiem. Mów po hindusku i dojdźmy do samego jądra rzeczy. Przybyłeś tu... i na dziesięć twych słów ledwo jedno zawiera odrobinę prawdy. Po coś tu przybył? Odpowiedz bez wykrętów.
— Ależ to rzecz tak bardzo krępująca w stosunku do Europejczyka, panie O’Hara. Gdy dojdziesz swych lat, będziesz się na tym rozumiał o wiele lepiej.
— W każdym razie chcę wiedzieć — rzekł Kim, śmiejąc się. — Jeżeli chodzi o grę, może potrafię w tym dopomóc. Jakże mogę uczynić cokolwiek, jeżeli ty tylko cięgiem pleciesz w kółko androny!
Hurree Babu sięgnął po fajkę i ciągnął dym, póki w niej nie zabulgotało.
— Teraz będę mówił językiem krajowym. Siądź bliżej, panie O’Haro... Chodzi o rodowód białego ogiera.
— Jeszcze? Przecież to już dawno skończone.
— Wielka gra kończy się dla każdego dopiero ze śmiercią... nie wcześniej. Wysłuchaj mnie do końca, Trzy lata temu, gdy Mahbub Ali dał ci rodowód ogiera, pięciu królów czyniło przygotowania, by znienacka rozpocząć wojnę. Wskutek owego meldunku nasza armia napadła na nich, zanim jeszcze zdołali się przygotować. Pamiętam ową noc.
Ale wojna nie doszła do skutku. Taki to zwyczaj rządu. Wojsko odwołano, ponieważ rząd uwierzył, że królowie stchórzyli, a zresztą wyżywienie wojska w wąwozach górskich kosztuje niemało. Radżowie Hilàs i Bunàr, obdarzeni bronią, podjęli się za wynagrodzeniem strzec wąwozów przeciwko wszelkim przybyszom z północy. Zapewnili nas zarówno o swej bojaźni, jak i przyjaźni.