— Bóg stworzył pospołu zająca i Bengalczyka; czegóż się mają wstydzić? — przytoczył Kim znane przysłowie.

— Zdaje mi się, że był to proces ewolucji wywołany pierwotną koniecznością, lecz sam fakt istnieje nadal z całym swym cui bono188. Jestem, ach, okropnie bojaźliwy!... Pamiętam, jak raz chciano mi uciąć głowę na drodze do Lhassy (nie, ja nigdy nie dotarłem do Lhassy!). Usiadłem i krzyczałem, panie O’Hara, przeczuwając, że czekają mnie chińskie tortury. Nie przypuszczam, by ci dwaj panowie mieli mnie torturować, lecz w razie czego wolałbym towarzystwem Europejczyka zabezpieczyć się od możliwej przygody.

Zakaszlał się i wypluł nasiona rzeżuchy.

— Jest to zgoła nieurzędo-owa propozycja, na którą możesz odpowiedzieć: „Nie, babu”. Jeżeli nie masz jakich pilnych zamierzeń wraz ze swym staruszkiem... może będziesz mógł go nieco zabawić; może ja potrafię dogodzić jego fantazjom... chciałbym utrzymywać z tobą łączność służbową, póki nie odnajdę tych polujących kanciarzy. Mam do ciebie wielkie zaufanie, odkąd spotkałem się ze swym przyjacielem w Delhi. Gdy sprawa ostatecznie się wyświetli, włączę twoje nazwisko do raportu urzędowego. Będzie to dla ciebie wielką chlubą. Taki to jest istotny powód mego przybycia.

— Hmm! Koniec opowiadania wydaje mi się prawdziwy, lecz co sądzić o części poprzedzającej?

— O pięciu królach? O-o! W tym jest tyle samo prawdy; znacznie więcej, niżbyś przypuszczał — rzekł Hurree poważnie. — Pójdziesz... co? Udam się stąd wprost do Doon. Tam jest bardzo zielono i łąki jak malowanie. Mam iść do Mussoorie... do starego poczciwego Musscorie, jak mawiają panowie i damy. Stąd przez Rampur do Chini. Jest to jedyna droga, jaką oni mogą iść. Nie lubię czekać na zimnie, ale musimy na nich zaczekać. Chcę iść z nimi do Simli. Trzeba ci wiedzieć, że jeden z tych Rosjan jest Francuzem, a ja doskonale władam francuszczyzną. Mam przyjaciół w Chandernagore.

On zapewne się cieszy, że zobaczy znów swe góry! — rzekł Kim w zamyśleniu. — Wszystkie prawie jego rozmowy w ciągu ostatnich dziesięciu dni obracają się dokoła tego tematu. Jeżeli pojedziemy razem...

— Oo! Jeżeli twój lama woli, możemy być sobie w drodze zgoła nieznajomi; owszem, mogę iść o kilka mil przed wami. There is no hurry for Hurree189. Udał mi się europejski kalambur, cha cha cha!... Wy zaś nadejdziecie później. Czasu jest dość; oni, rzecz oczywista, będą tu spiskowali, mierzyli i rysowali mapy. Ja mogę iść jutro, a ty pojutrze, jeżeli masz ochotę. Hę? Możesz myśleć nad tym do rana. Na Jowisza, toć to już prawie świt.

Ziewnął potężnie i nie wyrzekłszy ani grzecznego słówka na dobranoc powlókł się na swe legowisko. Kim natomiast spał bardzo mało, a przez głowę toczyły mu się myśli wyrażające się mową hindostańską:

„Słusznie tę grę nazwano wielką! Byłem przez cztery dni kuchcikiem w Quetcie, czekając na żonę owego męża, któremu wykradłem książkę. I to było częścią wielkiej gry! Z południa, Bóg wie z jak daleka, przybył Mahratta, z narażeniem życia uczestnicząc w wielkiej grze. Teraz ja pójdę hen daleko na północ, biorąc udział w wielkiej grze. Doprawdy, ona się przesnuwa przez całe Indie niby czółenko tkackie. A ten udział i tę swoją radość — uśmiechnął się do otaczającej go ciemności — zawdzięczam temu oto lamie. Poniekąd też Mahbubowi Alemu... a także i pułkownikowi Creightonowi, ale przede wszystkim świętemu mężowi. Ma on rację... świat jest wielki i pełen dziwów... a ja jestem Kim... Kim... Kim... sam jeden... jednostka... wśród tego wszystkiego. Ale chciałbym zobaczyć tych cudzoziemców z libelami i łańcuchami mierniczymi...”