— Jakież było zakończenie wczorajszej pogawędki wieczornej? — ozwał się lama, odprawiwszy modły.
— Nadszedł jakiś wędrowny olejkarz... dybigarnek w domu sahiby. Pobiłem go dowodami i modlitwami, stwierdzając, że nasze czary są skuteczniejsze od jego farbowanych cieczy.
— Och, te moje czary! Czy cnotliwa niewiasta domaga się nowych?
— Bardzo stanowczo.
— Więc trzeba je zapisać, bo inaczej ona mnie ogłuszy swym wrzaskiem.
Jął domacywać się swego piórnika.
— Na równinach — rzekł Kim — zawsze bywa ludzi za wiele. W górach, o ile zdołałem pojąć, jest ich mniej.
— Ach, te góry... i śnieg na górach!... — to mówiąc, lama oddarł cienki skrawek papieru nadający się do umieszczenia w amulecie. — Ale co ty wiesz o górach?
— Są one bardzo blisko — odrzekł Kim, pchnąwszy drzwi na oścież i zapatrzył się w długie, pełne ciszy pasmo Himalajów, gorejące pozłotą brzasku. — Nigdy nie wstąpiłem tam nogą, co najwyżej w przebraniu sahiba.
Lama węszył uważnie, skąd wiatr nadciąga.