— Jeżelibyśmy poszli na północ — mówił Kim, zwracając się z tym zapytaniem do wschodzącego rąbka słońca — to czyż nie uniknęlibyśmy skwaru w czasie południa, idąc chociażby wśród tych niższych wzgórków?... Czy czar już gotów, o mężu święty?

— Napisałem imiona siedmiu bzdurnych diabłów... z których żaden naprawdę nie wart jest i ziarnka piasku. Tak to głupie baby zwodzą nas z Drogi zbawienia.

Spoza gołębnika wytarabanił się Hurree Babu, ostentacyjnie według rytuału czyszcząc sobie zęby. Ten otyły mężczyzna, obdarzony tęgimi łydami, byczym karkiem i potężnym głosem, nie wyglądał wcale na „bojaźliwego człeka”. Kim prawie nieuchwytnym ruchem dał mu znak, że sprawa jest na dobrej drodze; przeto Hurree Babu, dokończywszy rannej toalety, podszedł do lamy i powitał go kwiecistym przemówieniem. Śniadanie, ma się rozumieć, zjedli oddzielnie; niebawem zaś stara jejmość, mniej więcej przysłonięta firankami okna, zagadnęła ich znów w żywotnej kwestii kolek w żołądku infanta, wywołanych niedojrzałymi owocami mango. Prawdę powiedziawszy, wiadomości lekarskie lamy oparte były jedynie na... sympatii. Wierzył, że łajno czarnego konia zmieszane z siarką i noszone w skórce wężowej było skutecznym środkiem przeciw cholerze; w każdym razie jednak symboliczność interesowała go więcej niż wiedza. Hurree Babu z czarującą uprzejmością odnosił się do tych poglądów, tak iż lama nazwał go grzecznym doktorem, na co Hurree Babu odparł, że jest sam po prostu zwykłym partaczem w dziedzinie mistyki, ale przynajmniej — za co Bogu niech będą dzięki — wie, że znalazł się wobec prawdziwego mistrza; wprawdzie ongi pobierał naukę we wspaniałych salach wykładowych w Kalkucie, u sahibów, którzy nie szczędzą na to grosza; lecz po raz pierwszy zaczął sobie uświadamiać, że poza ziemską mądrością była jeszcze inna mądrość — wzniosła i dalekosiężna nauka zdobyta rozmyślaniem.

Kim przyglądał się z zazdrością. Oto ten Hurree Babu, którego znał dotychczas — ckliwy, rozwlekły, nerwowy ślamazara — zginął bez śladu; również przepadł gdzieś bezczelny olejkarz wczorajszy. Zamiast niego był tu człek wytworny, ugrzeczniony, uważny — rozsądny i światły wychowaniec surowej szkoły życia, chłonący mądrość płynącą z ust lamy. Stara jejmość zwierzyła się Kimowi, że te niebywałe wyżyny rozmowy są jej niedostępne. Lubiła czary suto zapisane atramentem, który można było spłukać wodą, przełknąć i kwita. Na cóż innego mogliby się jeszcze przydać bogowie? Lubiła mężczyzn i kobiety i umiała o nich gwarzyć: o książątkach, których ongi znała; o swej młodości i urodzie; o spustoszeniach wyrządzanych przez lamparty i wybrykach zakochanych Azjatów; o podatkach i ubezpieczeniach, obrzędach pogrzebowych. O swoim zięciu (o tym tylko napomykała, z czego łatwo było wysnuć dalszy wątek), o opiece nad młodzieżą i o zgorszeniu naszego wieku. Kim, tak przejęty życiem tego świata, jak ona rychłym tegoż opuszczeniem, chłonął wszystko uważnie, podwinąwszy nogi pod rąbek swej sukni; tymczasem lama kruszył jedną po drugiej teorię leczenia ciała wysuwaną przez Hurreego Babu.

W południe Babu przytroczył do pleców skrzynkę z lekarstwami okutą mosiądzem, wziął w jedną rękę patentowane buciki skórzane, używane na ceremonialnych przyjęciach, w drugą zaś modro-biały190 parasol i ruszył na północ w stronę Doon, gdzie, jak mówił, czekali go z utęsknieniem pomniejsi książęta tamtejszych okolic.

— My, chelo, wyruszymy z nastaniem wieczornego chłodu — rzekł lama. — Ten lekarz, obeznany z medycyną i grzecznością, utrzymuje, że wśród tych niższych wzgórz mieszka ludność bogobojna, zacna i bardzo spragniona nauczyciela. Za czas niedługi, jak mówi hakim, wejdziemy w chłodne sfery powietrza, przesycone wonią sosen.

— Idziecie w góry... i to przez Kulu? O trzykroć szczęśliwi — jęła się drzeć babina. — Gdyby nie to, że na kark mi spadła piecza nad gospodarstwem, wzięłabym palankin... ale to byłoby zuchwalstwem i mogłoby narazić moje imię. Oho! Znam tę drogę... znam każdą jej odległość. Wszędzie doznacie tam miłosierdzia... nie odmawiają go ludziom, którym dobrze patrzy z oczu. Wydam zlecenia, by zaopatrzono was w żywność. Czy może dać wam służącego, by wam wskazywał drogę? Nie?... To przynajmniej nagotuję wam dobrego jadła.

— Jakaż to kobieta z tej sahiby! — ozwał się siwobrody Orias, gdy w izbie czeladnej rozlegała się wrzawa. — Nigdyć ona nie zahaczyła swego przyjaciela, ale też przez całe życie nie zahaczy tego, kto jej krzyw191. A jej frykasy... cmok! — i pogłaskał się po zapadłym brzuchu.

Były tam ciasta, były słodycze, było zimne kurczę duszone z ryżem i śliwkami — co wystarczyło, by objuczyć Kima nikiej192 muła.

— Jestem stara i do niczego — rzekła jejmość. — Nikt mnie teraz nie kocha... i nikt nie szanuje... ale mało kto pójdzie ze mną w zawody, gdy chodzi o składanie czci bogom i wystawanie nad garnkami w kuchni. Przyjdźcie tu jeszcze kiedy, o ludzie dobrej woli. Przyjdźcież, mężu święty i ty uczniu. Pokój zawsze będzie dla was przygotowany, zawsze was spotka serdeczne przyjęcie... Uważaj, bo tam kobietki nazbyt lgną do twego cheli. Znam ci ja kobiety kuluańskie. Miej się na baczności, chelo, żeby ci staruszek nie uciekł, kiedy poczuje znów swoje góry... Hej! Nie wysyp no bokiem worka z ryżem!... Pobłogosław memu domowi, o mężu święty, i wybacz swej słudze jej przywary!