Za raf zdradnymi paściami198

za żagli piorunnym skowytem?...

Za morzem niezmiennym w swych cudach —

i w cudach swych wciąż rozmaitym?...

Za morzem, co duszy gra wtór?

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Tak... nie inaczej! — tak... nie inaczej

górale wżdy199 tęsknią do swych gór!

Kto idzie w góry, idzie do swej matki!

Przebyli Sewaliki i Doon, co ma klimat prawie podzwrotnikowy; zostawili za sobą Mussoorie i szli prosto na północ wąskimi drogami górskimi. Z każdym dniem zapuszczał się coraz głębiej w bezładnie spiętrzone turnie, a Kim przekonał się, że lama z dniem każdym nabierał męskości i siły. Na wzgórkach Doonu wspierał się był na ramieniu chłopca, rad korzystając z postojów przydrożnych. Lecz pod wielką spadzistością wiodącą do Mussoorie zebrał się w sobie, niby stary łowca stający naprzeciwko dobrze znanej nory... i tam, gdzie powinien by upaść ze znużenia, podkasał długie szaty, pełną piersią zaczerpnął w dwójnasób kryształowego powietrza i poszedł raźnie, jak to umieją jedynie górale. Kim, urodzony i wychowany w nizinach, pocił się i dyszał pełen zdumienia.