Rozmyślali często o Kole życia — tym bardziej że jak mówił lama, byli tu wyzwoleni od jego widomych pokus. Gdyby nie szary orzeł i czasem dostrzeżony w dali niedźwiedź wyrywający na zboczu pniaki i korzenie, gdyby nie widok lamparta, którego o świcie raz zastali pożerającego kozicę w zacisznej dolinie, i gdyby nie świetnie upierzony ptak przelatujący od czasu do czasu, byliby tu sam na sam z wichrami i trawami, co świszczały pod tchnieniem wiatru. W kurnych szałasach, ponad których dachami przechodzili we dwójkę, schodząc z gór, kobiety były nieładne i brudne, miewały wielu mężów, a szyję im szpeciło wole. Mężczyźni, o ile nie gospodarowali, trudnili się drwalką — byli potulni i niezwykle prostoduszni.

Atoli, iżby nie zabrakło im miłej pogawędki, niebo zsyłało im to wyprzedzającego ich, to doganiającego wytwornego lekarza z Dakki, który góralom za strawę płacił maściami pomocnymi na leczenie wola i radami, które godziły zwaśnionych mężczyzn i kobiety. Ponoć znał te góry tak dobrze, jak znał górskie narzecza, przeto udzielał lamie wyjaśnień o położeniu kraju między Ladakh i Tybetem. Mówił, że każdej chwili mogą wrócić na niziny. Na razie dla tych, którzy lubią góry, prawdziwą rozrywką może być przeprawa na drugą ich stronę. Wszystko to wyjawił nie jednym tchem, lecz w ciągu wielu spotkań na kamiennych klepiskach — gdy doktor załatwiwszy się z pacjentami palił fajkę, lama zażywał tabakę, a Kim przyglądał się krowinom żującym paszę na dachach szałasów lub bujał wzrokiem i duszą po głębokich toniach błękitu pomiędzy łańcuchami gór. Wiedli też rozmowy na uboczu, w mrocznych lasach, gdzie doktor zbierał zioła, a Kim, jako początkujący lekarz, musiał mu towarzyszyć.

— Widzisz, panie O’Hara, nie wiem doprawdy, co u wszystkich diasków będzie ze mną, gdy odnajdę naszych kamratów-myśliwych; jeżeli jednak będziesz łaskaw znajdować się w takiej odległości, byś mógł widzieć mój parasol, który jest doskonałym punktem wytycznym dla pomiarów gruntowych, podniesie mnie to wielce na duchu.

Kim spojrzał na knieję wierchów.

— To nie mój kraj, hakimie. Łatwiej pono213 znaleźć wesz w kudłach niedźwiedzia.

— Oo! To już moja w tym głowa. There is no hurry for Hurree. Oni niedawno byli w Leh. Opowiadano, że zeszli z Karkorum wraz z rogami i łbami upolowanej zwierzyny i wszystkim, co mają. Boję się tylko, że z Leh odeślą na terytorium rosyjskie wszystkie swe listy i rzeczy mogące ich skompromitować. Oczywiście, pójdą jak najdalej na wschód... żeby pokazać, że nigdy nie byli w państewkach zachodnich. Ty nie znasz gór? — tu zaczął rysować gałązką po ziemi. — Patrz! Powinni tu przyjść przez Srinagar lub Abbotabad. To dla nich droga najkrótsza... wzdłuż rzek koło Bandżi i Astor. Ale narobili psoty na zachodzie; przeto teraz ma-aszerują i ma-aszerują na wschód — to mówiąc kreślił rowek od lewej ręki ku prawej — do Leh (o, jakże tam zimno!) i wzdłuż Indusu do Han-lé (znam tę drogę), a potem, jak widzisz, do doliny Bushahr i Chini. Przekonałem się o tym, stosując metodę rugowania i wypytując chłopów, których leczę tak znakomicie. Nasi przyjaciele zabawiali się przez długi czas wszędzie dokoła i robili duże wrażenie, więc wieści o nich rozchodzą się daleko. Zobaczysz, że ich zdybię gdzieś w dolinie Chini. Proszę cię, zważaj bacznie na mój parasol.

Kołysał się ten parasol po dolinach i dokoła zboczy górskich, jak wiatrem szarpany dzwonek leśny, a wieczorami, w chwili stosownej, lama i Kim, który kierował się kompasem, spotykali hakima sprzedającego maści i proszki.

— Przybyliśmy drogą taką a taką! — mówił lama, wskazując niedbale palcem na przebytą grań górską, a parasol rozpływał się w zachwytach.

Jedną przełęcz śniegiem zasypaną przebyli w mroźną noc księżycową, a lama, lekko żartując sobie z Kima, wszedł po kolana w zaspę niby wielbłąd dwugarbny z rodzaju tych kudłatych, wychowanych w krainie śniegu, co to przybywały do Seraju Kaszmirskiego. Brnęli przez złoża wiotkiego śniegu i łupku przyprószonego śniegiem, gdzie wobec nadchodzącej zadymki szukali schronienia w obozowisku Tybetańczyków spędzających z gór swe chude owce, z których każda objuczona była workiem boraksu. Wydostali się na hale, jeszcze gdzieniegdzie usiane śniegiem, a potem lasem znów na pastwiska. Mimo że tyle odbywali marszów, Kedarnath i Badrinath były jak gdyby niewrażliwe na to zmniejszanie się przestrzeni; zawsze pozostawały co do joty takie same. Dopiero po wielu dniach podróży Kim, wspiąwszy się na niewielki gronik, na wysokości dziesięciu tysięcy stóp, mógł zauważyć, że ten czy ów garb albo wierzch zmienił się w zarysie — ot, zawsze o małą ociupinę.

W końcu wkroczyli w nowy świat; w tym świecie — w dolinę ciągnącą się milami, gdzie piętrzyły się turniczki utworzone z samych odłamów i odruzgów wyżnich gór. Tu po całodziennym marszu zaszli nie dalej (tak im się widziało), jak zajdzie człek śpiący, któremu nogi obezwładniła zmora. Całymi godzinami wlekli się znojnie brzeżkiem jednego ze zboczy — i patrzcie no! — była to tylko najdalsza wypukłość w filarze wysterkającym z głównego trzonu górskiego! Jakiś upłaz, z dala przez nich widziany, okazał się, skoro doń dotarli, ogromnym płaskowyżem wdzierającym się daleko w dolinę. W trzy dni później przedstawiał się im jako ciemna zmarszczka ziemi majacząca na południu.