— Tu mieszkają chyba bogowie! — odezwał się Kim, przytłoczony panującą tu ciszą oraz przerażającymi przelotami cieni chmur pierzchających po deszczu. — To miejsce nie dla ludzi!

— Dawno, dawno temu — odrzekł lama jakby sam do siebie — pytano Pana naszego, czy świat jest wiecznotrwały. On, Najdoskonalszy, nie dał na to odpowiedzi... Gdy byłem na Cejlonie, jeden z mądrych dociekaczy potwierdził mi to na podstawie ksiąg objawienia, pisanych językiem pali214. Zapewne, odkąd znamy drogę do wyzwolenia, pytanie to uważać należy za jałowe, ale... patrz i poznaj, co to złudzenie, chelo! Oto są prawdziwe góry! Przypominają mi moje góry koło Such-zen. Nigdy nie było takich gór!

Ponad nimi, wciąż jeszcze strasznie wysoko, piętrzyła się ziemia hen aż do śnieżnej granicy, gdzie od wschodu ku zachodowi na przestrzeni setek mil zatrzymywały się równo, niby nożem ucięte, ostatnie z zuchwałych brzóz. Jeszcze wyżej skalne wierchy, usadzone na granicach i cyplach, usiłowały przebić czołami białą osnowę mgieł. Zaś jeszcze nad nimi, niezmienne od świata początku, lecz mieniące się za każdym kaprysem słońca i chmur, spoczywały wieczne śniegi. Na ich obliczu widzieli plamy i cętki, gdzie harcowały burze i wędrowne zawieje.

Poniżej zaś tego miejsca, gdzie stali, snuł się całymi milami modro-zielony szmat boru; pod borem widniała wioska, opadając siklawą215 tarasowatych pól i urwistych pastwisk; a u stóp wioski, choć tam w tej chwili huczała dąsała się piorunna trzaskawica, rozpoznawali kopę wzniesioną na dwadzieścia do piętnastu tysięcy stóp ponad młaką216, gdzie gromadzą się strumienie dające początek małej tu jeszcze rzece Sutludż.

Lama, jak zwykle, prowadził Kima po perciach juhaskich i po bezdrożach, z dala od głównej drogi, kędy przed trzema dniami przeprawiał się Hurree Babu, ów „człek bojaźliwy”, wśród burzy tak strasznej, że na dziesięciu Anglików dziewięciu na pewno by się wyrzekło całej tej podróży. Hurree nie był zawołanym strzelcem — mienił się na twarzy już za samym pociągnięciem cyngla — był natomiast, jakby się sam wyraził o sobie, „ba-ardzo spra-awnym dojeżdżaczem”, przeto nie bez celu przepatrywał tanią lornetką ogromną dolinę. Zresztą i tak białość zszarganych płóciennych namiotów z daleka odbijała na tle zieleni. Hurree Babu, siedząc na klepisku w Ziglaur, widział wszystko, co chciał widzieć, na dwadzieścia mil w dal, licząc według lotu orła, i czterdzieści, licząc wzdłuż drogi: widział mianowicie dwa punkciki, które jednego dnia były tuż pod linią śniegów, a nazajutrz posunęły się o jakie sześć cali w dół po zboczu. Jego tłuste, odsłonięte nogi, raz wprawione w ruch, mogły przebyć zdumiewająco duży kawał drogi i to było powodem, że gdy Kim i lama, leżąc w podziurawionym szałasie w Ziglaur, czekali, aż przejdzie burza, pewien tłusty, zmoknięty, lecz zawsze uśmiechnięty Bengalczyk, posługując się w lada frazesach najwyszukańszą angielszczyzną, nadskakiwał dwom cudzoziemcom zlanym do suchej nitki i nieco zakatarzonym. Przybył on tu, snując przeróżne dzikie zamysły, tuż w tropy za trzaskawicą, która zdruzgotała sosnę naprzeciw ich obozu i przekonała w ten sposób kilkunastu kulisów, że dzień był niepomyślny dla dalszej podróży — ci zaś pod tym wrażeniem rzucili jak jeden mąż swe toboły i odmówili posłuszeństwa. Byli to poddani jednego z radżów górskich, który, wedle zwyczaju, wynajmował ich do służby w celach osobistego zysku; ku większemu zaś ich utrapieniu ci nieznani sahibowie grozili im już strzelbami. Większość z nich od dawna otrzaskała się z sahibami i bronią palną; byli to tropiciele i shikarrisowie (szczwacze, naganiacze) z północnych dolin, mający węch na kozicę i niedźwiedzia; jednakowoż nigdy w życiu nie obchodzono się z nimi w ten sposób co dzisiaj. Przeto schronili się na łono ostępu i mimo wszelkich nawoływań i złorzeczeń wzbraniali się wrócić do służby. Nie było więc potrzeby udawać wariata lub... gdyż babu już obmyślił inne sposoby, by zapewnić sobie dobre przyjęcie. Wykręcił mokre odzienie, wdział buciki z patentowanej skóry, rozpostarł biało-niebieski parasol i drobiąc kroki, przy czym serce biło mu aż po gruczoły na szyi, przedstawił się:

— Jestem pełnomocnik jego królewskiej mości, radży z Rampur, czym wam mogę służyć, łaskawi panowie?

Panowie byli oczarowani. Jeden był niewątpliwie Francuzem, drugi Moskalem, ale mówili po angielsku niewiele gorzej od babu. Prosili go o łaskawą pomoc. Mówili, że krajowcy znajdujący się w ich służbie pochorowali się w Leh, oni zaś sami szli tu co sił, bo zależało im na tym, by dowieźć łupy myśliwskie do Simli, zanim skóry zostaną pogryzione przez mole. Mieli z sobą generalny list polecający (babu zwyczajem wschodnim złożył przed nim salaam) do wszystkich władz rządowych. Czy spotkali po drodze jaką inną drużynę myśliwską? Nie. Działali na własną rękę. Mieli sporo zapasów. Jedynym ich życzeniem było ruszyć jak najprędzej w drogę.

Wtedy babu zastąpił drogę góralowi przyczajonemu wśród drzew, a trzyminutowa pogadanka oraz garstka srebra (nie można być oszczędnym w służbie państwowej, wszakoż Hurreemu krwawiło się serce wobec tego marnotrawstwa) miały ten skutek, że jedenastu kulisów i trzech fagasów zjawiło się z powrotem. W razie czego babu mógł zawsze stawać za świadka w sprawie okrutnego z nimi postępowania.

— Mój władca i król będzie bardzo zmartwiony, ale ci ludzie są to ty-ylko prostacy i nieoświecone ciemięgi. Jeżeli czcigodni panowie raczą puścić w niepamięć to nieszczęsne zajście, będę nader uszczęśliwiony. Deszcz niebawem ustanie i będziemy mogli iść dalej. Panowie polowali... hę? To ładne widowisko!

Skakał zręcznie od jednej kilty do drugiej, udając, że poprawia każdy ze stożkowatych koszów. Anglik nie bywa zazwyczaj poufały z Azjatą, lecz nie uderzyłby nigdy po łapie uprzejmego babu, który przypadkowo przewrócił kiltę o wierzchołku nakrytym czerwoną ceratą; z drugiej strony nie zmuszałby żadnego babu do picia ani też nie zapraszałby go do jadła. Cudzoziemcy czynili właśnie to wszystko i wypytywali o wiele rzeczy — zwłaszcza o kobiety — na co Hurree dawał wesołe i niewymyślne odpowiedzi. Oni dali mu szklankę jakiegoś białego płynu, podobnego do jałowcówki, a potem jeszcze urządzili poprawiny, tak iż wkrótce cała jego powaga znikła bez śladu. Stał się skłonnym do coraz częstszych wynurzeń i posługując się stekiem plugawych wyrazów, opowiadał o pewnym rządzie, który narzucił mu wychowanie europejskie, a nie dbał o to, by go uposażyć europejską płacą. Plótł baje o uciemiężeniach i krzywdach, aż łzy mu pociekły po policzkach na wspomnienie biedy, jaką cierpiała ojczyzna. Potem jął się zataczać, śpiewając piosenki miłosne z Dolnego Bengalu, a w końcu runął na mokry pień drzewa. Nigdy jeszcze tak nieszczęśliwy wytwór rządów angielskich w Indiach nie wpadł gorszym sposobem w ręce obcych.