— Kto jest z nimi?
— Tylko paru tych pańszczyźnianych kulisów. Służby nie mają. Są to takie sknery, że sami sobie gotują jadło...
— Lecz jakaż mnie tu czeka robota?
— Czekaj i miej oczy otwarte. Gdyby się nadarzyła mi jakaś sposobność, będziesz wiedział, gdzie masz szukać papierów.
— Lepiej by to było oddać w ręce Mahbuba Alego niż w ręce Bengalczyka — rzekł Kim zgryźliwie.
— Zawżdy łatwiej znaleźć sposób zdobycia kochanki niż przebijania muru głową.
— Patrzcie, tutaj jest piekło przeznaczone dla skąpstwa i chciwości. Po jego bokach z jednej strony pożądliwość, z drugiej zaś przesycenie.
Lama zapalał się do swego dzieła, a jeden z cudzoziemców szkicował jego postać w oświetleniu szybko zmierzchającego się dnia.
— Dość już tego — ozwał się w końcu szorstko ów mężczyzna. — Nie rozumiem wcale jego mowy, ale chcę mieć ten obraz. On jest lepszym artystą ode mnie. Zapytaj, czy tego nie sprzeda.
— On mówi: „Nie, sar” (panie) — odpowiedział babu. Istotnie, lama nie odstąpiłby swej karty napotkanemu przypadkowo pątnikowi, podobnie jak arcybiskup nie oddałby w zastaw świętych naczyń kościelnych. W całym Tybecie pełno tanich wizerunków Koła żywota; ale lama był artystą, a jednocześnie bogatym przeorem w swoich stronach rodzinnych.