— Jeżeli pan będzie strzelał — krzyczał Hurree — oni tu zejdą i pobiją nas na druzgi219. Ja ocaliłem tego pana. To sprawa szczególnie niebezpieczna.

„Na Jowisza! — myślał Kim z zawziętością po angielsku. — Znalazłem się w tęgich opałach, ale ja też potrafię się bronić!”

Wymacał za pazuchą podarek Mahbuba i dość niepewnie (boć, nie licząc kilku strzałów ćwiczebnych na pustyni bikanerskiej, nie robił dotychczas użytku z rewolweru...) nacisnął cyngiel.

— A co mówiłem, sar! — prawie zapłakiwał się babu. — Zejdź na dół i pomóż mi go ocucić. Powiadam panu, że znajdziemy się wszyscy na gałęzi.

Strzały ucichły i rozległo się szurgotanie potykających się wciąż stóp. Kim, nie szczędząc przekleństw, pobiegł rączo w ciemności pod górę, jak kot — lub jak andrus.

— Czy cię nie zranili, chelo? — zawołał lama nań z góry.

— Nie. A ty? — i dał nura w kępę karłowatej smreczyny.

— Anim draśnięty. Chodźmy stąd. Udamy się z tymi ludźmi do Shamlegh, co leży pod śniegami.

— Ale nie wcześniej, zanim stanie się zadość sprawiedliwości — krzyknął jakiś głos. — Zdobyłem strzelby sahibów... wszystkie cztery. Zejdźmy w dół.

— On uderzył świętego męża... a myśmy to widzieli! Nasze bydło wychudnie i zjałowieje... nasze kobiety przestaną rodzić! Śniegi zwalą się na nas, gdy będziemy iść do domu... I to jeszcze na domiar wszystkich okrucieństw, jakicheśmy doznali!