— Zatem to rzecz stwierdzona — rzekł sprytnie człowiek z Ao-chung — że żadną miarą nie mogą to być sahibowie. Słyszałże kto, żeby sahib Fostum czy sahib Yankling, choćby i mały sahib Peel, co zaczaja się po nocach, polując na dzikie ptactwo... kto, powiadam, słyszał, żeby który z tych sahibów przybywał w góry, nie mając przy sobie kucharza, tragarza i... i całej zgrai dobrze płatnych, rozrzutnych i dokuczliwych pachołków? Jak oni mogą nam zaszkodzić? No, i cóż w tej kilcie?
— Nic... pełna jest ino pisanych słów... książek i papierów, na których pisali, i dziwnych przyrządów, jak gdyby do jakiegoś nabożeństwa.
— Wszystkie się znajdą na śmietniku w Shamlegh.
— A jakże! Ale cóż będzie, jeżeli w ten sposób obrazimy bóstwa sahibów? Nie lubię w ten sposób rzucać pisanego słowa. Zasię te ich bożki mosiężne, to już całkiem dla mnie niezrozumiałe. To nie powinno stawać się łupem prostych górali.
— Ten starzec jeszcze śpi. Pst! Zapytamy jego chelę! — i człowiek z Ao-chung ożywił się, pyszniąc się, że rej wodził pomiędzy kamraty222.
— Mamy tu — szepnął — kiltę, której zawartości nie znamy.
— Ale ja znam — rzekł Kim przezornie. Lama oddychał spokojnie przez sen, więc Kim już na chwilę przedtem rozmyślał o ostatnich słowach Hurreego, gdyż jako uczestnik wielkiej gry miał właśnie teraz obowiązek szanować jego wolę. — Jest to kilta o czerwonej pokrywie, pełna wielce osobliwych przedmiotów, których żaden głupiec nawet się tknąć nie powinien.
— Mówiłem ci! Mówiłem ci — krzyknął ten, co niósł jej brzemię. — Czy myślisz, że ona mogłaby nas zdradzić?
— Nie grozi wam to, jeżeli mnie ją oddacie. Wyciągnę z niej czary. Inaczej wyrządzi ona wiele szkody.
— Kapłan zawsze bierze swą dziesięcinę! — burknął człowiek z Ao-chung, na którego widocznie wódka działała znieprawiająco.