— Kto przebywa tego lata w Shamlegh?
W onej miejscowości było tylko kilka szałasów i zagroda dla bydła pasącego się po halach.
— Kobieta z Shamlegh. Ona, jak wiadomo, nie lubi sahibów. Innych można zadowolić małymi podarkami i jeszcze każdemu z nas sporo się okroi.
Poklepał pękate boki najbliższego kosza.
— Ależ... ależ...
— Powiedziałem, że to nie są prawdziwi sahibowie. Wszystkie skóry i łby zwierzyny zakupili na bazarze Leh. Poznałem to po śladach kul. Pokazywałem je wam w czasie ostatniego marszu.
— Juści prawda. Wszystkie te skóry i łby były kupne. W niektórych nawet zalęgły się mole.
Był to argument chytrze obmyślany, a człowiek z Ao-chung znał swych towarzyszy.
— W najgorszym razie opowiem o tym sahibowi Yanltlingowi, który jest człowiekiem hecownym, to się uśmieje do rozpuku. Nie wyrządzamy żadnej krzywdy sahibom, których znamy. Ci zaś biją kapłanów. Nastraszyli nas, więc my w nogi! Kto tam wie, gdzieśmy pogubili pakunki? Czy myślicie, że sahib Yankling pozwoli, by policja nizinna rozbijała się wszędzie po górach i przeszkadzała mu w łowach? Ładny to kawał drogi z Simli do Chini, a jeszcze dalej z Chini do śmietnika w Shamlegh.
— Niech i tak będzie, ale ja poniosę tę dużą kiltę... ten kosz z czerwoną pokrywą, który sahibowie pakowali własnoręcznie co rana.