— Byłem shikarrim sahiba Fostuma i jestem shikarrem sahiba Yanklinga. Gdyby nie ta przeklęta beegar (pańszczyzna), byłbym teraz towarzyszył sahibowi Yanklingowi. Niechaj dwaj ludzie czuwają w dole, żeby sahibowie znów nie spłatali jakiej brewerii. Ja nie odstąpię od tego męża świętego.
Usiedli w pewnej odległości od lamy; przez chwilę nadsłuchiwali, potem zaś puścili w kolej fajkę chłodnicową, której zbiornikiem był stary słoik od czernidła „Day and Martin”. Rozbłysk czerwonego węgielka drzewnego, w miarę jak fajka przechodziła z rąk do rąk, oświecał wąskie, zmrużone oczy, wystające jak u Chińczyków kości policzkowe oraz bawole podgardla, co barwą zlewały się z ciemnymi zmarszczkami wojłoku dokoła ramion. Wyglądali niby czarcięta z jakiejś zaklętej kopalni... jak wiecujące w górach karły-złośliwce. A gdy tak pogwarzali, szmery ściekających roztopów śniegowych cichły jedne po drugich, w miarę jak nocny przymrozek ścinał lodem i zatrzymywał w biegu rwące potoki.
— Ciewy221, jak on się nam postawił! — wyrażał swój podziw jeden ze Spityjczyków. — Przypominam sobie, jakeśmy poszli za Ladakh (a było to siedem kwartałów temu), spotkaliśmy starego koziorożca; sahib Dupont strzelał, celując mu pod łopatkę i chybił; całkiem ci on tak się nam dziś postawił jak tamten kozioł! Sahib Dupont był dobrym shikarri...
— Nie tak dobrym jak sahib Yankling — ozwał się człowiek z Ao-chung, łyknąwszy gorzałki i podawszy butelkę następnemu. — A teraz posłuchajcie mnie.... chyba że ktoś z was myśli, że mądrzejszy?
Nikt nie przyjął wyzwania.
— Gdy księżyc wzejdzie, wyruszymy do Shamlegh. Tam podzielimy pięknie tobołeczki między siebie. Ja poprzestanę na tej nowiuśkiej strzelbinie ze wszystkimi jej nabojami.
— Czy niedźwiedzie napadają tylko na twoje gospodarstwo? — zagadnął go jeden z kamratów, ciągnąc dym z fajki.
— Nie, ale gałki muszkatu są obecnie po sześć rupii za sztukę, a twoje kobiety mogą dostać płótno namiotowe i trochę przyborów kuchennych. Zrobimy to wszystko w Shamlegh przed świtem. Wtedy każdy pójdzie w swoją drogę, a pamiętajcie, żeśmy nigdy nie widzieli na oczy ani też nie służyli u tych sahibów, którzy, rzecz prosta, niechybnie rozgłoszą, żeśmy rozkradli ich bagaże.
— Dobrze ci tak mówić, ale co powie na to nasz radża?
— Któż ma mu donieść o tym? Ci sahibowie, którzy nie umieją mówić po naszemu, czy ten babu, który dawał nam pieniądze dla jakichciś tam celów osobistych? Czyżby on mógł sprowadzić na nas wojsko? Jakież pozostaną dowody naszej winy? To, czego nie potrzebujemy, możemy wyrzucić na śmietnik w Shamlegh, gdzie jeszcze nie postała stopa ludzka.