— Łatwo to być odważnym, gdy kto nie mieszka w Rampur — rzekł jeden, którego chatynka znajdowała się o mil parę od koślawego dworzyszcza radży. — Jeżeli osławimy się wśród sahibów, żaden nie zechce mieć w nas shikarrisów.

— O, ale ci dwaj sahibowie nie są Angrezi (Anglikami)... nie są to tacy pogodni ludzie, jak sahib Fostum i sahib Yankling. To cudzoziemcy... bo nie umieją mówić po angrezyjsku jak inni sahibowie.

W tej chwili lama zakaszlał i usiadł, po omacku szukając różańca.

— Nie będzie tu nikt zabijał — mamrotał. — Sprawiedliwe jest Koło życia. Grzech nad grzechy...

— Nie, święty mężu. Wszyscyśmy z tobą — ozwał się człowiek z Ao-chung, gładząc mu stopy lękliwie. — Nikogo nie zabijemy, chyba na twój rozkaz. Odpocznij sobie tymczasem. Założymy tu małe obozowisko, a potem, gdy wzejdzie księżyc, ruszymy do Shamlegh, które znajduje się poniżej śniegów.

— Po uderzeniu — przemówił sentencjonalnie jeden ze Spityjczyków — najlepiej się przespać.

— Czuję jakby jakiś zawrót w tyle głowy i dziwny ucisk w tym miejscu. Pozwól mi położyć głowę na twym łonie, chelo. Jestem człowiekiem starym, ale nie jestem wolny od wzruszeń i bólów... Winniśmy myśleć o przyczynie wszechrzeczy.

— Daj mu derkę. Nie możemy palić ognia, żeby sahibowie nas nie spostrzegli.

— Lepiej czmychnąć do Shamlegh. Nikt nie pójdzie za nami do Shamlegh.

Mówił to ów gorączkowo usposobiony Rampurczyk.