Zmożony wysiłkiem, zmęczeniem i ciężarem nie na swoje lata, Kim runął, szlochając do stóp lamy.
— Na co te płacze? — ozwał się lama łagodnie. — Przecież nigdy ani na włosek nie odstąpiłeś od drogi posłuszeństwa. Tyś o mnie nie dbał? Dziecino, toż ja żyłem twą siłą, jak stare drzewo żyje dzięki spojeniom nowego podmurowania. Od czasu zejścia z Shamlegh dzień po dniu kradłem ci twe siły. Dlatego to, a nie z winy jakiegoś twojego grzechu jesteś tak osłabiony. To jeno ciało... głupie, niedołężne ciało... przemawia teraz przez ciebie... a nie ufności pełna dusza. Nabierz otuchy. Poznaj przynajmniej moce czartowskie, z którymi walczysz; zrodzone są z ziemi... są dziećmi ułudy. Pójdziemy do niewiasty kuluańskiej. Ona pozyska zasługę przez to, że nas ugości, a szczególnie, że będzie mnie pielęgnować. Ty pohasasz sobie swobodnie, póki znów siły nie powrócą. Zapomniałem o głupim ciele; jeżeli to zasługuje na naganę, biorę ją na siebie... atoli zanadtośmy już blisko bram zbawienia, by sobie ważyć naganę. Mógłbym cię chwalić, ale czy to potrzebne? Maluczko... maluczko, a znajdziemy się tam, gdzie już nie ma potrzeb.
Toteż hołubił i pocieszał Kima mądrymi przypowieściami i arcygłębokimi sentencjami dotyczącymi tego mało pojętnego stworzenia, jakim jest nasze ciało, które, będąc tylko marą, uporczywie udaje duszę, powodując zaćmienie Drogi i nieskończone rozmnażanie się niepożądanych biesów.
— Hej! hej! Pogwarzmy sobie o kobiecie z Kulu. Czy przypuszczasz, że ona znów będzie prosić o jakieś czary dla swych wnuków? Gdym był silnym mężczyzną (a było to dawno), dokuczały mi fochy takie i owakie, więc udałem się do pewnego przeora... był to człek wielce świątobliwy i poszukiwacz prawdy, choć mi o tym nie było wiadomo. Usiądź i słuchaj, o dziecię mej duszy! Opowiedziałem mu swoje dzieje, a on na to: „Zakarbuj sobie to w pamięci, mój chelo! Na świecie jest wiele kłamstwa i niemało kłamców, ale z wyjątkiem wrażeń cielesnych nie ma gorszych kłamców jak nasze ciała”. Rozważając to, doznałem ukojenia, on zaś w dowód wielkiej łaski pozwolił mi pić herbatę w swej obecności. Pozwól mi teraz napić się herbaty, bo mam pragnienie.
Kim, śmiejąc się przez łzy, ucałował stopy mistrza i zakrzątał się koło przyrządzenia herbaty.
— Ty opierasz się na mnie swym ciałem, o święty, ale ja opieram się na tobie w innych sprawach. Czy wiesz o tym?
— Może się domyśliłem — rzekł lama, mrugając oczami. — Musimy to zmienić.
Przeto gdy wśród bójek, zwad i gorączkowego nastroju służby przejętej ważnością sprawy przytarabanił się... cóż by innego jak ulubiony palankin sahiby poprzedzany przez tegoż ochmistrza, starego, szpakowatego Oriasa?... i skoro na koniec dostali się w niestateczny stateczek wydłużonego białego dworu, w ustroniu za Saharunpore — lama rozważył już, co mu czynić wypada.
Sahiba, powitawszy go, odezwała się wesoło z okna na pięterku:
— I na cóż się zdadzą rady dane starcowi przez starą kobietę? Mówiłam ci... mówiłam ci, o święty, ażebyś pilnował swego cheli. Jakeś się z tego wywiązał? Wcale nie potrzebujesz mi odpowiadać! Ja już wiem. Biegał za kobietami. Przypatrz się jego oczom... jak mu wpadły i zaklęsły... a ta zdradliwa rysa od nosa w dół! Wylazło szydło z worka! Fe, fe! I to ma być kapłan!