Kim, nazbyt zmęczony, by móc się uśmiechnąć, podniósł oczy i potrząsnął głową na znak zaprzeczenia.
— Nie żartuj z niego — rzekł lama — Te czasy już minęły! Byliśmy zajęci ważniejszymi sprawami. W górach chwyciła mnie choroba duszy, jego zaś choroba ciała. Od owej chwili żyłem jego siłą... objadałem go...
— Obaj jesteście dzieciaki... młody i stary... — parsknęła stara jejmość, ale dała już spokój nowym żartom. — Oby teraźniejsza gościna wróciła wam siły. Zatrzymajcie się na chwilę, a przyjdę do was pogawędzić o kochanych wysokich górach.
W porze wieczornej (jej zięć już był powrócił, więc nie potrzebowała chodzić wokoło i doglądać gospodarstwa) doszła do samego sedna rzeczy i jęła się wywnętrzać półgłosem przed lamą. Obie stare głowy poczęły kiwać się poważnie ku sobie. Kim już przedtem powlókł się do pokoju, gdzie znajdowało się wyrko, legł jak długi i spał jak kłoda. Lama nie pozwolił mu rozkładać derek ani przynosić jadła.
— Wiem... wiem. Kto jak nie ja? — trajkotała stara. — My, którzy już zstępujemy ku pogrzebnym popieliskom, chwytamy za ręce tych, którzy wychodzą znad rzeki żywota z dzbanami pełnymi wody... tak, dzbanami pełnymi po brzegi. Skrzywdziłam tego chłopaka. On więc użyczał ci siły? Prawda to, że stary zjada co dzień młodego. Powinniśmy go teraz pokrzepić.
— Zdobyłaś już wielokrotnie zasługę...
— Moja zasługa?... jakaż tam znowu? Cóż z tego, że ten stary worek kości przyrządza potrawy ludziom, którzy nawet nie zapytają: „Kto to zgotował?”. No, gdyby to zastawić memu wnukowi...
— Temu, którego bolał brzuszek?
— Pomyśleć, że też święty człowiek jeszcze o tym pamięta! Muszę to opowiedzieć jego matce. Toć to nadzwyczajny zaszczyt! „Ten, którego bolał brzuszek!”.... jak święty człowiek to pamiętał!... Ona będzie dumną z tego.
— Mój chela jest dla mnie tym, czym jest syn dla człowieka nieoświeconego.