— Dom ten nie jest błogosławion... — (Nie podobna przytoczyć dosłownie wyrażenia starej jejmości). — Bogom, jeżeli ci się podoba, dziękuj po kapłańsku, ale mnie, jeśli ci o to chodzi, dziękuj jak syn matce. O niebiosa nad nami! Czyż na tom cię piastowała, przebierała, na tom klepała i miętosiła każdy z dziesięciu palców na twych nogach, byś w zamian cisnął parę zaklęć na moją głowę? Przecież musiałeś mieć kiedyś matkę, co cię urodziła ku swemu utrapieniu? Na cóżeś ty jej się przydał... synku?
— Nie miałem matki, moja matko — odrzekł Kim. — Opowiadano mi, że umarła, gdy byłem młody.
— Hej-mej! Wobec tego nikt nie powie, żem jej odebrała jakiekolwiek prawa macierzyńskie, jeżeli... gdy ruszysz znów w podróż, a ten dom będzie tylko jednym z tysiąca domów, w których gościłeś, by później puścić je w niepamięć, rzuciwszy im naprędce błogosławieństwo. Ale to fraszka. Mnie nie potrzeba błogosławieństwa, tylko... tylko... — tupnęła nogą na biedną krewniaczkę — Odnieś te tace do mieszkania! Na cóż ty trzymasz w pokoju zatęchłe jedzenie, ty złowieszcza babo!
— Ja... ja t... też miałam kiedyś syna, ale zmarł niebożątko! — jęła chlipać schylona postać siostrzana, okryta zasłoną. — Wszak wiesz, że umarł! Czekałam tylko na rozkaz, bym mogła zabrać tacę.
— To ja jestem złowróżbną babą!... — rozbeczała się ze skruchą stara gospodyni. — My, które już zstępujemy do chattrisów253, z całej siły chwytamy tych, którzy niosą chatti254. Gdy już nie można pląsać na zabawie, trzeba poprzestawać na wyglądaniu przez okno, a niańczenie wnuków staje się całym zajęciem kobiety. Twój mistrz daje mi wszelkie czary, jakich tylko teraz zażądam dla pierworodnego syna mej córki, ponieważ... czy tak?... jest wolny zupełnie od grzechu. Hakim bardzo podupadł ostatnimi czasy, a w braku lepszych pacjentów truje mi ciągle moją służbę.
— Jaki to hakim, matko?
— Ten sam dakkańczyk, co dał mi tę pigułkę, która o mało co nie rozdarła mnie na trzy części. Przywlókł się tu przed tygodniem niby zbłąkane wielbłądzisko, klnąc się na wszystkie świętości, żeś ty z nim żył jak z bratem rodzonym przez całą drogę do Kulu, i udaje, że się wielce niepokoi o twe zdrowie. Był bardzo wycieńczony i zgłodniały, więc dałam rozkaz, żeby go napasiono... jego i jego niepokój...
— Chciałbym się z nim widzieć, o ile on się tu znajduje.
— On tu jada pięć razy dziennie i przecina wrzody moim chłopom, by uchronić się od apopleksji. Tak jest pełen obawy o twe zdrowie, że cięgiem tkwi jak przylepiony koło drzwi kuchennych i napycha się ochłapami. On tu jeszcze posiedzi; nigdy nie zdołamy go stąd wykurzyć.
— Przyślij go tu, matko — Kim mrugnął okiem, które mu zabłysło z radości — a spróbuję tego dokazać.