— Czy pociąg jedzie do Benares? — zapytał lama.

— Juści! Po cóż byśmy tu przyszli? Wchodź albo nas zostawią! — krzyczał Kim.

— Widzieliście! — zapiszczała dziewka z Amritzar. — On nigdy nie wsiadał do pociągu. Patrzajcie, ludzie!

— No, pomóżcie mu! — rzekł kmieć, wysuwając potężną ogorzałą łapę i wciągając nieboraka. — Już po całej paradzie, ojcze!

— Ale... ale... siądę na ziemi. Byłoby to wbrew regule, gdybym usiadł na ławce — rzekł lama. — Zresztą nogi mi cierpną.

— Powiadam — zaczął lichwiarz, krzywiąc usta — że nie ma takich prawideł przyzwoitego życia, do których naruszenia nie zmuszałyby nas te koleje! Na ten przykład, siedzimy tu jeden obok drugiego, choć należymy do wszelkich kast i narodów.

— Tak, i nawet obok największych bezwstydników — odezwała się baba, patrząc złośliwie na dziewkę z Amritzaru, strzelającą oczyma w stronę młodego sipaja.

— Mówiłem ci przecież, że mogliśmy jechać wasągiem36 po gościńcu — rzekł małżonek — przez co zaoszczędzilibyśmy nieco grosza.

— Tak... i dwa razy więcej, niżby się zaoszczędziło, wydalibyśmy na jadło przez drogę. Mówiło się o tym dziesięć tysięcy razy!

— Tak, i dziesięcioma tysiącami języków! — mruknął chłop.