— Niechże Bóg ma w swej opiece nas, biedne kobiety, jeżeliby nie było nam wolno się wygadać. Oho! Ten to jest z tego rodzaju ludzi, co to ani spojrzy na kobietę, ani do niej nie zagada! — (Albowiem lama, skrępowany prawidłami zakonu, nie zwracał na nią najmniejszej uwagi.) — A czy jego żak jest taki sam?
— Nie, matko — wypalił Kim bez namysłu. — Wcale nie jestem taki, gdy kobieta jest ładna, a przede wszystkim litościwa dla głodnego.
— Odpowiedź godna żebraka — rzekł sikh, śmiejąc się. — Samaś wywołała wilka z lasu, siostro!
Kim nadstawił ręce błagalnie.
— A dokąd ty się trajdasz? — zapytała kobieta, podając mu połowę placka, który wydobyła z zatłuszczonego zawiniątka.
— Aż do Benares.
— Pewnoście kuglarze? — domyślał się młody wojak. — Nie pokazalibyście jakich sztuczek dla zabicia czasu? Czemu ten żółty człowiek ani ust nie otworzy?
— Dlatego — rzekł Kim wyniośle — że jest to człek święty i myśli o rzeczach, które są ci niedostępne.
— Niech sobie myśli zdrów! My, sikhowie loodhiańscy — wypowiedział to głosem dobitnym — nie zaprzątamy sobie głowy mądrościami. My walczymy!
— Bratanek mojej siostry jest naikiem (kapralem) w tym pułku — rzekł spokojnie rzemieślnik sikhijski. — Jest tam też kilka kompanii dograńskich.