Żołnierz przeszył go wzrokiem, gdyż Dogra jest z innej kasty niż sikh; bankier zachichotał.
— Dla mnie oni wszyscy jednacy — ozwała się dziewka z Amritzaru.
— O, temu wierzymy! — parsknęła złośliwie wieśniaczka.
— Nie... ale ci, którzy z bronią w ręku służą rządowi, stanowią, bądź co bądź, jedno bractwo. Jest jedno braterstwo broni, ale poza tym... — rozejrzała się trwożnie dokoła — związek Pulion... pułk... hę?
— Brat mój służy w pułku Jatów — rzekł wieśniak. — Dograsy to dobrzy ludzie.
— Tego przynajmniej zdania są twoi sikhowie — rzekł żołnierz, spojrzawszy z ukosa na spokojnego starca w kącie. — Twoi sikhowie tak myśleli, gdy dwie nasze kompanie nie dalej jak trzy miesiące temu przybyły im z pomocą pod Pirzai Kotal przeciwko ośmiu chorągwiom afrydyjskim, stojącym na szczytach gór.
Jął opowiadać dzieje bojów pogranicznych, w których dograńskie kompanie sikhów loodhiańskich dzielnie się spisały. Dziewka z Amritzaru uśmiechnęła się, gdyż wiedziała, że opowieść miała na celu zdobycie uznania z jej strony.
— Niestety! — ozwała się na koniec kmiotka. — Więc ich wioski zgorzały, a małe dzieci zostały bez dachu?
— Oni oszelmowali37 naszych poległych. Przypłacili to porządnie, bo my, sikhowie, daliśmy im tęgą nauczkę. Tak to było! Czy to już Amritzar?
— Tak, i tu przecinają bilety — rzekł bankier, obmacując kaletkę u pasa.