— To Gunga... tylko Gunga (Ganges)... który zmywa grzechy... — poszedł pomruk po całym wagonie. — Bądź co bądź, mamy tu dobrych bogów koło Jullundur — odezwała się wieśniaczka, wyglądając przez okno. — Patrz no, jak pobłogosławili zbiory.
— Odszukiwanie każdej rzeki w Pendżabie niełatwym jest przedsięwzięciem — rzekł jej mąż. — Mnie wystarczy strumień, który zostawia mulny osad na mych gruntach, i dziękuję za to Bhumii, bóstwu pieleszy domowych.
Wzruszył muskularnym, ogorzałym ramieniem.
— Czy myślisz, że nasz Pan zaszedł tak daleko na północ? — rzekł lama, zwracając się w północną stronę.
— Być może — odparł Kim tonem pochlebiającym, cyknąwszy na podłogę śliną czerwoną od soku z liści betelu.
— Ostatnim z wielkich — rzekł sikh tonem wyższości — był Sikander Julkarn (Aleksander Wielki). On wybrukował ulice Jullundur i zbudował wielki zbiornik wody koło Umballi. Te bruki zachowały się po dziś dzień, a cysterna też się tam znajduje. O twoim bogu zaś nigdy nie słyszałem.
— Zapuść długie włosy i mów po pendżabsku — przemówił żartobliwie do Kima młody żołnierz, przytaczając przysłowie północne. — Oto wszystko, na co stać sikha! — ale tego nie dopowiedział nazbyt głośno.
Lama westchnął i skurczył się w sobie, tworząc żółtawą, bezkształtną bryłę. W przerwach rozmowy można było posłyszeć stłumione mamrotanie: Om mani pad me hum! Om mani padme hum!... i poszczękiwanie drewnianych gałek różańca.
— Męczy mnie to — rzekł w końcu. — Chyżość jazdy i turkot kół wyczerpuje mnie... Poza tym, mój chelo, myślę, że możeśmy już przejechali ową rzekę.
— Cichajże, cichaj! — rzekł Kim. — Czyż ta rzeka nie znajduje się koło Benares? Jesteśmy jeszcze daleko od kresu podróży.