— Ale... jeśli nasz Pan poszedł na północ, tedy może to być jedna z tych rzeczułek, któreśmy przebyli.
— Nie wiem.
— Lecz tyś mi był zesłany, czyż nie byłeś mi zesłany?... za zasługi, jakie sobie zdobyłem tam... w Such-zen. Wyszedłeś spoza armaty... miałeś dwie twarze... i dwa ubrania...
— Ciszej! Nie należy tutaj mówić o tym... — szepnął Kim. — Byłem tam tylko w jednej postaci. Pomyśl jeszcze, a przypomnisz sobie. Chłopiec... chłopiec hinduski... przy wielkiej, zielonej armacie...
— Lecz czyż nie było tam również Anglika z białą brodą... świątnika pomiędzy obrazami... który jeszcze mnie bardziej utwierdził w przekonaniach co do Rzeki Strzały?
— On... my... myśmy poszli do Ajaib Gher w Lahorze, by się tam pomodlić do bogów — wyjaśnił Kim przysłuchującemu się towarzystwu. — Sahib z Domu Cudów rozmawiał z nim... tak, naprawdę... jak z bratem... Jest to człek bardzo świątobliwy, hen spoza gór. Usiądźże! Niezadługo będziemy w Umballi.
— Ależ moja rzeka... rzeka uzdrowienia?...
— Potem, jeżeli twoja wola, będziemy na piechty40 uganiać się za tą rzeką. Nie ominiemy niczego... nawet najmniejszej strugi w przekopie.
— Ale i ty masz czegoś poszukiwać?
Lama uradowany, że ma tak dobrą pamięć, wyprostował się jak struna.