— Tak... a jeszcze dalej od mego klasztoru... O rety! Jakiż to wielki i okropny kawał świata!
Kim wysmyknął się i dunął w miasto. Nigdy chyba tak niepozorna figurka nie niosła uwiązanego do szyi losu własnego i kilkudziesięciu tysięcy innych ludzi. Wskazówki Mahbuba Alego pozostawiały mu niewiele wątpliwości co do domu, w którym mieszkał rzeczony Anglik; w przekonaniu umocnił go fornal, wracający dwukolną bryczuszką z klubu. Pozostawało jedynie rozpoznać daną osobistość, przeto Kim przedarł się przez żywopłot i ukrył się w kępie bujnej trawy tuż koło werandy. Dom jarzył się od świateł, a służba uwijała się dokoła stołów zastawionych kwiatami, szkłem i srebrem. Naraz wyszedł Anglik ubrany na biało i czarno i nucił sobie jakąś melodię. Było zbyt ciemno, by można było rozeznać jego twarz, więc Kim, na sposób żebraków, chwycił się starego fortelu.
— Obrońco ubogich!
Anglik odwrócił się w stronę, skąd go doleciał głos.
— Mahbub Ali mówi...
— Aha! Cóż mówi Mahbub Ali?
Nie starał się nawet patrzeć na mówiącego i to potwierdziło domysły Kima.
— Rodowód białego ogiera jest całkowicie ustalony.
— Jakiż dowód na to?
Anglik smagał laseczką po żywopłocie róż, rosnącym wzdłuż alei.