Na koniec — pomęczeni, senni i zakurzeni — wjechali na miejski dworzec w Umballi.

— Zatrzymujemy się tutaj z powodu procesu — odezwała się do Kima wieśniaczka. — Mieszkamy u młodszego brata stryjecznego mojego męża. W podwórzu znajdzie się tam ciupka dla twego yogi i dla ciebie. Czy... czy on udzieli mi błogosławieństwa?...

— O mężu święty! Kobieta o złotym sercu daje nam nocleg. Ten kraj południowy jest ziemią wielce gościnną. Widzisz, jak nas wspierano od samego świtu?

Lama, błogosławiąc, pochylił głowę.

— Sprowadzać tych sowizdrzałów na kark bratu stryjecznemu... — zaczął chłop, zakładając na ramię ciężką lagę bambusową.

— Twój młodszy brat stryjeczny jest winien coś niecoś stryjecznemu bratu mego ojca jeszcze za ucztę weselną swej córki! — postawiła się okoniem jego połowica. — Niechajże im da żreć na rachunek tego długu. Yogi pójdzie na żebry, w to nie wątpię.

— A ino! Pójdę żebrać na niego — rzekł Kim, myśląc tylko o tym, żeby dać lamie jakie schronisko na noc, ażeby sam mógł tymczasem odszukać Mahbubowego Anglika i pozbyć się rodowodu siwego ogiera.

— A teraz — odezwał się, gdy lama znalazł przystań w podwórku wystawnej kamienicy hinduskiej poza koszarami — ja odejdę na chwilę... żeby... żeby kupić na rynku coś do jedzenia. Nie oddalaj się stąd, dopóki nie wrócę.

— Powrócisz? Na pewno powrócisz? — tu starzec uchwycił go w przegubie. — I czy powrócisz w tej samej postaci? Czy już za późno, by jeszcze dziś w nocy wyruszyć na poszukiwanie rzeki?

— Za późno i za ciemno. Uspokój się. Pomyśl, ile drogi mamy już za sobą... jużeśmy o sto kos odjechali od Lahory.