Wiatr ciepły tchnie od Kamakury.
Jakowyś chłop rozjuszony, wypadłszy za nimi, jął wymachiwać palicą bambusową. Był to ogrodnik z kasty Arain, hodujący warzywa i kwiaty, które dostawiał na targ w Umballi. Kim znał dobrze to plemię.
— Ten człowiek — rzekł lama, nie zważając na psy — jest nieuprzejmy względem obcych, niepowściągliwy w gębie i niemiłosierny. Niechże jego postępowanie będzie ci przestrogą, mój uczniu!
— Hej! dziady bezczelne! — wrzeszczał chłop. — Fora stąd! A wynocha!
— Odchodzimy już — odpowiedział lama z godnością i spokojem. — Odchodzimy już z tych nieszczęsnych pól.
— Och! — ozwał się Kim, nabrawszy tchu. — Jeżeli nie dopiszą ci przyszłe zbiory, to możesz ino45 sobie sam czynić wyrzuty za własne słowa!
Chłop pokręcił się niespokojnie.
— W okolicy pełno żebraków — zaczął tonem na wpół usprawiedliwiającym.
— A skądeś to wiedział, że my chcemy żebrać u ciebie, o Mali — rzekł Kim z przekąsem, darząc go przezwiskiem, jakiego najbardziej nie lubią przekupnie jarzyn. — Jedyną rzeczą, o którą nam chodziło, było przyjrzenie się tej rzece... tam za polem.
— Rzece? Doprawdy! — parsknął śmiechem warzywnik. — Z jakiego miasta przywlekliście się tutaj, że nie poznaliście zwykłego kanału? Płynie on prościutko jak strzała, a ja płacę za wodę, jakby to było roztopione srebro. Tam jest odnoga rzeki. Ale jeżeli chcecie wody, to wam jej dam... a może mleka?